 |
Aleksander
Berzin "Czym jest karma i jak z nią pracować"
Tłumaczenie: Joanna Grela
Poproszono mnie, żebym dziś wieczorem mówił o karmie. Zagadnienie
to, dotyczy przede wszystkim tego, co się z nami dzieje i dlaczego
się dzieje to, a nie coś innego. Jak to jest, że zachowujemy się
właśnie tak, a nie inaczej, że w życiu codziennym jesteśmy w takich,
a nie innych sytuacjach. To wyjątkowo złożone, skomplikowane zagadnienie,
najbardziej złożony spośród wszystkich buddyjskich tematów. Powodem
jest fakt, że z buddyjskiego punktu widzenia wszystko jest z sobą
powiązane, wszystko jest współzależne. (Na dobrą sprawę nie różni
się to od podejścia naukowego). Wszystko, co się przytrafia, co
się dzieje, dzieje się również dlatego, że miała miejsce cała wcześniejsza
historia. Chociaż pełne zrozumienie zagadnienia karmy jest czymś,
co jest dostępne tylko całkowicie oświeconej istocie, buddzie, mimo
to niewątpliwie możemy uzyskać ogólne pojęcie czy ogólne zrozumienie
tego tematu.
Zagadnienie karmy dotyczy również innego tematu, mianowicie etyki.
To, co robimy, dotyka nie tylko innych, ale również i nas, wpływa
na nasze doświadczenia. Dlatego warto w tym kontekście pamiętać
o etyce, niekrzywdzeniu innych, co również wpływa na nas samych.
Kiedy podejmujemy ten temat, mówimy także o tym, jak działamy, jak
zachowujemy się w życiu. Wiedziemy jakiś tryb życia, spotykamy się
z różnymi ludźmi, wchodzimy w rozmaite relacje, układy, prowadzimy
interesy, pracujemy itd., i w związku z tym wszystkim mamy różne
doświadczenia. Czasami odnosimy sukces, innym razem porażkę, jesteśmy
szczęśliwi, nieszczęśliwi, przytrafiają nam się choroby - rozmaite
rzeczy się zdarzają. Wiele osób zastanawia się, dlaczego właśnie
tak się dzieje, dlaczego nam się coś przytrafia. To faktyczne, pytanie,
które nas dotyczy. Nie chodzi nam przy tym o teoretyczne dywagacje
na ten temat, tylko po prostu o uzyskanie odpowiedzi na pytanie,
które dotyczy nas, dotyczy naszego życia.
Wyjaśnienia tego, co nam się przytrafia, mogą być rozmaite. Rozsądnym
podejściem wydaje się zastanowienie się, przejrzenie różnych możliwości,
możliwych wytłumaczeń, i wybranie takiego, które pozwala nam przeżyć
życie w spokoju ducha. Co do spokoju ducha czy spokoju umysłu, mam
na myśli stan, w którym możemy odpowiednio reagować na to, co nam
się przytrafia, nie wpadamy w obsesje, nie złościmy się bez powodu,
nie wpadamy w histerię itp.
Zanim jednak przejdziemy do omawiania karmy, czyli do buddyjskiego
wytłumaczenia, przyjrzyjmy się innym, alternatywnym wyjaśnieniom,
żebyśmy potrafili sobie karmę jakoś usytuować, zobaczyć, jak wypada
na tle innych wyjaśnień. Prawdopodobnie trudno będzie znaleźć jakieś
jedno, zadowalające wszystkich, odpowiadające na wszystkie nasze
potrzeby czy pytania. Powinniśmy wyzbyć się stronniczości, nastawienia,
że jakaś jedna prawda w stu procentach zaspokoi i zadowoli wszystkich.
Lepiej chyba podejść do tego tak, by zobaczyć, które z wyjaśnień
zmieni jakość naszego życia, da nam samym jakąś linię przewodnią,
według której będziemy postępować i przez co nasze życie zmieni
się na lepsze.
Jedno z możliwych wyjaśnień jest takie, że to, co nam się przytrafia,
dzieje się przypadkiem. To przypadek, że przechodzimy przez ulicę
w danym momencie i potrącił nas samochód.
Takie wyjaśnienie na dobrą sprawę sprowadza się do tego, że nie
ma żadnej przyczyny tego, co nam się przytrafia. Jeśliby tak było,
jeżeli wszystko, co się z nami dzieje, zależałoby od zwykłego przypadku,
wtedy tego rodzaju wyjaśnienie zasiewa wiele niepokoju, nie możemy
bowiem mieć żadnego poczucia bezpieczeństwa. Jeżeli nic nie ma żadnej
przyczyny, może nam się przytrafić absolutnie wszystko; po prostu
wszystko jest totalnym przypadkiem. Z pewnego punktu widzenia jest
to prawdopodobne, ale z drugiej strony, gdy przejmiemy się takim
wyjaśnieniem, nasze życie będzie zupełnie paranoidalne, będziemy
się mogli spodziewać dosłownie wszystkiego i nie będziemy mogli
snuć żadnych planów.
Pewną odmianą tego jest wyjaśnienie, że to, co się przytrafia, jest
kwestią probabilistycznej, matematycznej teorii; jest kwestią prawdopodobieństwa.
Jadąc samochodem możemy założyć, iż jest pewne prawdopodobieństwo,
że skoro rocznie jest tyle a tyle wypadków, statystycznie jakaś
liczba osób uczestniczy w wypadkach, może się to przytrafić i nam.
Możemy po prostu w ten sposób do tego podchodzić i wyliczać matematycznie
prawdopodobieństwo tego, co nas może spotkać. Spróbujmy się zastanowić,
czy tego rodzaju nastawienie sprawi, że będzie nam się lepiej żyło.
Możemy np. upijać się do nieprzytomności, wsiadać za kierownicę
i kalkulować, czy w danym momencie mieścimy w rocznej statystyce
i właśnie teraz nam się coś przytrafi, czy może tym razem jeszcze
nie.
Innym wyjaśnieniem jest kwestia szczęścia, zdawania się na łut szczęścia
- dzisiaj mamy świetny dzień, wszystko nam się udaje. Albo - jestem
pechowcem, nic mi nie wychodzi. Zastanówmy się, do czego prowadzi
takie nastawienie, utożsamianie się z totalnym pechowcem, któremu
nigdy nic się nie udaje, albo przeciwnie - uważanie, że jesteśmy
dzieckiem szczęścia i zawsze nam się dobrze wiedzie; to ostatnie
może prowadzić do arogancji czy do lekceważenia ryzyka. To jedna
możliwość.
Inna jest taka, że to, co nam się przytrafia, zależy od losu, od
przeznaczenia. Nasz los jest gdzieś zapisany, a wszystko, co nam
się przydarza, jest tylko odwzorowaniem zapisanego gdzieś losu.
Gdyby tak było, nasze życie nie miałoby zbyt wiele sensu, bo po
prostu odgrywalibyśmy tylko jakiś scenariusz, który jest już raz
na zawsze ustalony, i nie mielibyśmy żadnego pola manewru, nie moglibyśmy
niczego zmienić. Moglibyśmy spędzać nasze życie na usiłowaniu odgadnięcia
tego, jakie jest nasze przeznaczenie, jaki jest nasz los i mielibyśmy
później wobec życia mnóstwo oczekiwań. Prowadzi to do przerostu
ego, które uważa, że jego losy są zapisane i będzie tak a nie inaczej.
To wiara w nieosobowe fatum.
Odmianą tego jest wyjaśnianie zdarzeń w kategoriach boskiej woli.
To nie bezosobowe fatum, los, tylko boska wola rządzą światem. Takie
wytłumaczenie jest dla wielu osób satysfakcjonujące. Możemy być
kimś naprawdę dobrym, wieść bardzo moralne, etyczne życie, a jednak
zachorować na raka i cierpieć. Widząc jakieś bezbronne malutkie
dziecko, które cierpi, możemy to widzieć w kategoriach boskiej woli.
W jakimś sensie na pewno może to być pomocne, bo nie jesteśmy w
stanie się z tym uporać, nie możemy zrozumieć tego, co się dzieje,
ale mówimy - takie jest zrządzenie Boga, to jego wola, to mnie przerasta,
nie jestem w stanie tego zrozumieć, jednak jest w tym jakiś wyższy
sens. Wymaga to naprawdę olbrzymiej wiary, a nie wszyscy są w stanie
takową mieć. Gdy jej nie mamy, może się pojawić jakaś duchowa rozpacz,
kiedy np. nie możemy się pogodzić z tym, że Bóg odbiera nam jedyne
dziecko. Powinniśmy tymczasem po prostu to zaakceptować. Na pewno
nie jest to łatwe; w każdym razie nie dla wszystkich.
Jest pewne niebezpieczeństwo w myśleniu, że to, co nam się przytrafia,
to wola Boga. Bo skąd wiemy, że to, co się dzieje w konkretnym przypadku,
to faktycznie boska wola? Przecież jest wielu dziwacznych osobników,
mówiących, że Bóg kazał im np. wymordować całą klasę czy nauczycieli.
Mówią, że Bóg tak chciał. Podpieranie się boską wolą, tego rodzaju
podejście, może być niebezpieczne. Są też różni polityczni czy religijni
przywódcy, którzy powołując się na wolę Boga mówią, że cały naród
powinien wydać wojnę czy ruszyć do ataku. Tego rodzaju podejście
jest niebezpieczne, ponieważ może prowadzić do nadużyć. W taki właśnie
sposób zaczynały się krucjaty czy inkwizycje.
Inna teoria pochodzi ze starożytnego Rzymu i ma związek z bóstwem
fortuny. Wierzono, że jeśli to bóstwo "uśmiechnie się" do nas, wtedy
wszystko nam się dobrze układa, a jeżeli się nie uśmiechnie, mamy
pecha. To bóstwo zsyła nam taki czy inny los. Tego rodzaju podejście
łatwo przekłada się na takie angielskie powiedzenie, które mówi
"rację ma silniejszy". Buduje się całe układy polityczne czy społeczne,
gdzie silniejszy wygrywa, bazując na podejściu, że za silnym stoi
Bóg, rację ma ten, kto wygrywa, Bóg wspiera silniejszych. Tutaj
znów jest niebezpieczeństwo, można wypaczyć takie podejście.
Z kolei starożytni Grecy wyjaśniali rzecz inaczej. Opierali mianowicie
wszystko na świeckich prawach stanowionych i uważali, że gdy wszyscy
przestrzegają reguł, co do których się umówili, wszyscy przestrzegają
praw, wówczas dzieje się dobrze, społeczeństwo rozwija się, wszyscy
są szczęśliwi. Jeśli zaś występuje się przeciw tym regułom, łamie
się je - wówczas dzieje się źle. Tego rodzaju podejście znamy dobrze
z własnego podwórka, z codziennego życia. Przejawia się ono w taki
sposób, że jeżeli w społeczeństwie jest dużo patologii, zbrodni,
narkomanii, tego typu problemów, trzeba wzmocnić policję i wtedy
zapanuje porządek. To było podejście wypracowane w starożytnej Grecji;
odziedziczyliśmy je. Odziedziczyliśmy też podejście starożytnego
Rzymu i różne inne. To takie nasze dziedzictwo kulturowe: myślenie
kategoriami starożytnych Greków, Rzymian, Biblii, matematyczne prawdopodobieństwo...
Przyjrzyjmy się teraz innym wyjaśnieniom, pochodzącym z innych kultur,
np. podejściu, które znajdujemy w hinduizmie. Tam mówi się o karmie,
która jest pojmowana bardzo szczególnie. Rodzimy się mianowicie
w konkretnej kaście, co determinuje nasz los. Po prostu rodzimy
się w konkretnej sytuacji, w danej kaście i jeśli będziemy żyć zgodnie
z nakazami tej kasty, z regułami, które w niej obowiązują, wówczas
wszystko będzie w porządku. Jak to wygląda na co dzień? Jeżeli urodziłaś
się kobietą, rób to, co przynależy kobiecie, a więc zajmuj się domem,
miej dzieci, troszcz się o rodzinę, a wtedy wszystko będzie jak
należy. Jeśli urodziłeś się w kaście wojowników, żołnierzy, to po
prostu musisz być żołnierzem i walczyć. Wszystko jedno za co, o
co - musisz być dobrym żołnierzem i bić się. Nie zadawaj pytań,
po prostu bij się, wtedy będzie jak należy, wszystko będzie w porządku.
To twoja powinność.
Oczywiście, wszystko to może tak działać, funkcjonować, o ile wszyscy
się na to zgadzają. Zastanówmy się, czy jesteśmy w stanie żyć w
tego rodzaju społeczeństwie.
Czy to nas zadowala, tego rodzaju wyjaśnienie? Nie udało mi się,
mam z czymś kłopoty, dlatego, że zamiast siedzieć w domu, być wzorową
gospodynią domową, wyszłam i zajęłam się czymś innym, a tymczasem
powinnam robić to, co przynależy mojej pozycji i właśnie tak się
zachowywać. Czy tego rodzaju wyjaśnienie zadowala nas? Jest to jakieś
podejście, jakiś sposób widzenia. Powinniśmy się zastanowić, czy
tego rodzaju podejście nas zadowala.
Inne podejście, konfucjańskie. W modelu chińskim, konfucjańskim,
jest powiedziane, że są pewne naturalne normy społeczne, którym
należy w pełni ulegać, podążać za nimi, po prostu płynąć z nurtem.
To, jaki ten nurt jest, ustala cesarz, i jeżeli wszyscy płyną z
nurtem, wszystko przebiega harmonijnie, wszystko jest w porządku.
Jak to przekłada się na nasze codzienne życie? Przekłada się to
na konformizm i na uleganie tym różnym normom, które narzucają nam
np. imperatorzy mody. Mówią, że w tym sezonie trzeba nosić taką
długość, w ten sposób się ubierać itd. i jeśli będziesz zachowywać
się zgodnie z tym, to będziesz lubiany, akceptowany itd., a jeżeli
nie, to nikt cię nie będzie lubić, ludzie cię będą odrzucać, bo
nie jesteś w nurcie. Oczywiście, nie dotyczy to tylko mody damskiej,
która ciągle się zmienia, co roku są nowe formy itd. i trzeba za
nimi podążać. Poza tym nie sprowadza się to tylko do tego. Są pewne
normy, którym wszyscy starają się sprostać, mianowicie musimy mieć
pracę, dom, rodzinę, dzieci, samochód itd. i jeżeli tego nie mamy,
wtedy jesteśmy nieszczęśliwi.
To może być bardziej subtelne albo bardzo dosłowne - uleganie jakimś
normom zewnętrznym, zgadzanie się na nie.
Kolejny model jest związany z buddyzmem chińskim. Polega na patrzeniu
na karmę jako na sposób inwestowania; jest to swoisty biznes. Spełniasz
dobre uczynki, robisz dobre rzeczy, to tak, jakby inwestować w banku;
będziesz potem odcinać od tego kupony. Robimy dobre rzeczy po to,
żeby nam się dobrze działo. Jeżeli nam się dzieje trochę gorzej,
trzeba po prostu starać się robić wszystko jeszcze lepiej. To podejście
interesowne. Takie stanowisko doprowadzone do skrajności owocuje
tym, że uważamy, iż możemy kupić szczęście. Jeśli jesteśmy odpowiednio
bogaci, możemy je sobie zapewnić. Czy to jest satysfakcjonującą
nas wskazówką, mogłoby się stać dla nas linią przewodnią w życiu?
Kolejne podejście można nazwać etyką humanistyczną. Po prostu staramy
się nie krzywdzić innych, a w każdym razie wyrządzać najmniej zła,
jak tylko możliwe. Tego rodzaju nastawienie czy sposób na życie
też nie jest jednak pewne. Np. mogliśmy mieć naprawdę bardzo dobre
intencje, bardzo się napracować, starać, włożyć wiele serca w przygotowanie
jakiegoś dobrego posiłku, ale osoba, której daliśmy ten posiłek,
nie lubi tego, nie smakuje to jej. Albo gorzej - dławi się kością
i umiera. Co wtedy? Na pewno zasada nie krzywdzenia innych jest
czymś dobrym, brzmi sensownie, to nie ulega wątpliwości, a jednak
nie tłumaczy wszystkiego. To nie jest wystarczające wyjaśnienie.
Kiedy zastanowimy się nad sobą, zauważymy pewnie, że czasami zachowujemy
się w taki sposób, czasami w inny. Po prostu wyjaśnienia, na których
się opieramy, zmieniają się, jest to taka mieszanina - raz w ten
sposób sobie coś tłumaczymy, a raz inaczej.
Możemy wreszcie zapytać, na czym polega punkt widzenia czy pogląd
indotybetański, buddyjski, mówiąc w skrócie, chociaż pamiętamy,
że buddyzm chiński ma inne spojrzenie na tę sprawę. Tutaj mówi się
o tym, że należy patrzeć na to wszystko, co nam się przytrafia,
przez pryzmat rozmaitych nastawień, jakie mamy. Kiedy zachowujemy
się w jakiś destruktywny sposób... Zastanówmy się najpierw nad tym,
co oznacza słowo "destruktywny", czy oznacza to jakieś sprzeciwienie
się prawu czy sprzeciwienie się modzie, o co tu chodzi. Z punktu
widzenia indotybetańskiego buddyzmu, destruktywne jest wszystko
to, co robimy pod wpływem jakichś destruktywnych emocji. Jeśli działamy
pod wpływem np. chciwości czy przywiązania, złości, nienawiści,
zazdrości, naiwności - wtedy wszystko, co robimy, jest destruktywne.
Nie można tego zdefiniować w kategoriach efektu, jaki wywiera to
na innych, na drugą osobę. Bo np. przepełnieni jakąś taką chciwością
możemy skraść komuś samochód, a ta osoba będzie się z tego cieszyć,
bo samochód był i tak zepsuty albo stary, a nie stać jej było na
nowy, a teraz, dzięki ubezpieczeniu, będzie miała pieniądze. Nie
możemy do końca przewidzieć, jakie będą skutki naszego czynu. To,
co jest pewne, to fakt, że ponieważ działaliśmy pod wpływem destruktywnego
stanu umysłu, będzie to miało dla nas samych złe, destruktywne skutki.
Zachowujemy się nieuczciwie, manipulujemy innymi, powodują nami
egoistyczne emocje, wtedy ostateczne skutki dla nas i tak będą złe.
Na tym właśnie opiera się to podejście, to wyjaśnienie.
W zależności od tego, jaki mamy stan umysłu, jaki stan umysłu stoi
za tym, co robimy, taki wpływ to będzie miało na nas samych. Mówiąc
bardzo krótko i bardzo ogólnie - jeżeli jesteśmy nieszczęśliwi,
wynika to z tego, że działaliśmy pod wpływem destrukcyjnych stanów
umysłu, natomiast jeśli jesteśmy szczęśliwi, to znaczy, że działaliśmy
pod wpływem dobrych, zdrowych stanów umysłu.
Ogólnie mówi się w buddyzmie o czterech tak zwanych szlachetnych
prawdach, czterech faktach. Pierwszy fakt dotyczący życia mówi o
tym, że życie jest trudne, mamy problemy. Mamy różne cierpienia,
kłopoty, frustracje, czujemy się nieszczęśliwi itd. Oczywiście,
doświadczamy też szczęścia, ale szczęście, którego doświadczamy,
też często stanowi problem. Sęk w tym, że ono nie trwa; szczęście
nie trwa wiecznie. Mamy więc poczucie braku stabilności czy braku
bezpieczeństwa.
To, że w tej chwili czujemy się dobrze, jesteśmy szczęśliwi, nie
daje nam gwarancji, że za 5 czy za 20 minut bądź jutro nie będzie
czegoś zupełnie innego. To, że teraz jesteśmy szczęśliwi, nie znaczy,
że tak będzie zawsze. Nasuwa się pytanie, dlaczego nasze szczęście
nie trwa, dlaczego tak jest, że cieszyliśmy się czymś, np. dobrym
jedzeniem i nagle już nas coś nie cieszy. Albo cieszyliśmy się czyjąś
obecnością, byciem z kimś i nagle ta osoba nas nudzi czy jeszcze
gorzej. Dlaczego tak się dzieje? Czy to kwestia jakiegoś matematycznego
prawdopodobieństwa? Może jakieś inne wytłumaczenie znajduje tutaj
zastosowanie? Dlaczego tak jest? To pierwszy fakt dotyczący życia,
to, że mamy różne problemy, mamy góry i dołki i tak jest nieustannie,
nie mamy żadnej pewności.
Oczywiście, możemy to akceptować, możemy stwierdzić: "no cóż, tak
po prostu jest, taki jest świat i nic na to nie poradzimy, takie
jest życie". Możemy uznać, że taka jest wola Boga czy wytłumaczyć
to jakkolwiek inaczej i po prostu nie kwestionować tego, siedzieć
cicho. Tak jest i tyle. Możemy też spróbować coś z tym zrobić, jakoś
z tego wybrnąć. Możemy np. uznać, że jeżeli będziemy się więcej
modlić, wówczas będzie nam lepiej. Albo jeżeli damy odpowiednio
duży datek na kościół, to będzie nam lepiej. Lub na społeczeństwo,
na jakieś cele społeczne. Może się jednak okazać, że nadal będziemy
przeżywać te wszystkie góry i dołki, wzloty i upadki; nic się nie
zmieni. Możemy spróbować wszystkich tych wyjaśnień, spróbować wszystkie
te modele zastosować w życiu, możemy się ostrzyc na najmodniejszy
sposób, możemy zostać w domu, siedzieć, zajmować się domem czy spełniać
jakąś inną rolę społeczną. Wciąż jednak mamy wzloty i upadki, ciągle
jest raz lepiej, raz gorzej.
Te różne sposoby być może nie dały nam zadowalających rozwiązań,
nie pozwalają nam radzić sobie z naszymi problemami w zadowalający
sposób i może trzeba przyjrzeć się przyczynom, dlaczego tak się
dzieje, że przeżywamy te różne stany.
Druga tak zwana szlachetna prawda czy drugi fakt dotyczący życia
mówi o tym, że tak na dobrą sprawę jest pewna przyczyna. Wszystko,
co się wydarza, dzieje się, ponieważ jest tego przyczyna. Inne teorie
również podawały rozwiązania czy przyczyny tego stanu rzeczy i trzeba
było po prostu w nie wierzyć. Tutaj jesteśmy zachęceni do tego,
żeby zbadać, czy te przyczyny rzeczywiście są przyczynami, czy to
rzeczywiście w ten sposób działa. Buddyzm tłumaczy, że przyczyną
wszystkiego, co się z nami dzieje, jest nasza niewiedza czy pomieszanie
co do rzeczywistości. Mamy błędne, pomieszane idee na temat tego,
jak istniejemy, kim jesteśmy, jak istnieją inni, jak istnieje świat.
Może nie wszyscy, ale na pewno większość z nas uważa, że jest centrum
wszechświata, pępkiem świata, jest kimś najważniejszym. Uważamy,
że wszystko musi się wokół nas kręcić, być dla nas, zawsze.
Możemy także popaść w drugą skrajność i uważać, że musimy się zawsze
poświęcać dla innych. Znów jest tu bardzo silne usztywnienie się
na "ja". Mając taki pogląd na siebie i w związku z tym na wszystko
wokół nas, pojawiają się w nas rozmaite przeszkadzające emocje.
Chciwość, przywiązanie, chcemy coś mieć dla siebie, albo chcemy
należeć do kogoś - to też jest rodzaj przywiązania. Może chcemy
pozbyć się czegoś, odrzucić to - tutaj pojawiają się takie emocje,
jak gniew, odrzucanie, odpychanie. Albo naiwność polegająca na tym,
że możemy robić cokolwiek czy mówić cokolwiek i to tak naprawdę
nie wywołuje żadnego skutku, nie wpływa ani na nas, ani na innych.
Jak nastolatki, które z niczym się nie liczą, uważają, że są supermenami
czy superkobietami i mogą pić do upadłego, robić to czy tamto. To
naiwność.
W oparciu o te różne przeszkadzające emocje - działamy. Chcemy coś
zdobyć, zagarnąć dla siebie. Albo odepchnąć coś od siebie. Chcemy,
żeby wszystko było tak, jak my sobie to wymyśliliśmy, albo chcemy
powstrzymać innych przed czymś. Nie musimy się przy tym zachowywać
w jakiś nieprzyjemny czy destruktywny sposób. Możemy być bardzo
mili, np. możemy bardzo miło się obchodzić z innymi, chwalić ich,
bo chcemy, żeby odpowiadali nam tym samym, żeby też nas dobrze traktowali,
żeby poświęcali nam swój czas, uwagę, uczucia. Przywiązujemy ich
do siebie i oczekujemy miłego traktowania w zamian.
Pojawia się teraz temat karmy. Karma mówi o impulsach. Mamy impuls,
żeby coś powiedzieć, coś zrobić. Zachowywanie się w miły czy niemiły
sposób pod wpływem rozmaitych przeszkadzających emocji, wyrabia
w nas pewne nawyki. Nawyki te będą ostatecznie w jakiś sposób wpływać
na to, co się z nami wydarza, co nam się przytrafia. Sprawiają również,
że pewne rzeczy dojrzewają. Mówiąc ogólnie, kiedy działamy pod wpływem
przeszkadzających stanów, będziemy doświadczać pewnej niewygody,
będziemy nieszczęśliwi. Niekoniecznie od razu, to się może zdarzyć
kiedykolwiek w przyszłości. Jeśli natomiast zachowujemy się w przyzwoity,
miły dla innych sposób, jednak pod wpływem różnych przeszkadzających
emocji, chciwości, przywiązania itp., to w przyszłości będziemy
wprawdzie doświadczać miłych stanów, ale one będą bardzo niepewne,
nasze szczęście nie będzie całkowite.
Wszystkie nasze myśli i zachowania powodują, że wyrabiamy pewien
nawyk, jakiś sposób reagowania na sytuację. Ktoś będzie w danej
sytuacji płakać, ktoś inny będzie reagować gniewem czy może będzie
po prostu starał się całą tę frustrację zamknąć w sobie i nic nie
mówić, zdusić ją. Wyrabiamy rozmaite nawyki. Te różne zachowania,
jakie mamy, wpływają też na to, że mamy pewne impulsy i musimy coś
w danej sytuacji zrobić. Np. czujemy się tak, że chcemy się tylko
upić w trupa, naprawdę musimy to zrobić. Albo musimy zadzwonić do
kogoś piąty raz, chociaż ta osoba już ma nas dosyć, ale po prostu
musimy ją usłyszeć. Zachowujemy się na różne takie sposoby. Mamy
też takie impulsy, które powodują, że pchamy się w różne sytuacje
podobne do tych, w których już byliśmy i w których coś zrobiliśmy.
Robimy znowu to samo. Np. wikłamy się w jakieś niezdrowe relacje
z innymi, związek się rozpada, ale znowu wikłamy się w podobny i
tak raz po raz. Byliśmy dla kogoś niemili i inni są niemili dla
nas. Wciąż i wciąż.
Te rozmaite impulsy, które się w nas pojawiają, żeby zrobić coś
tak albo inaczej, to właśnie karma, o której mówimy. Mamy takie
impulsy, ponieważ mamy różne pomieszane stany umysłu, które sprawiają,
że coś robimy, później owocuje to nawykami i impulsami, żeby znowu
to zrobić. Ciekawe jest to, co sprawia, że w danym momencie jest
aktywizowany jakiś sposób zachowania. Jak to jest, że w pewnym momencie
czujemy się szczęśliwi, a w innym nieszczęśliwi, czasami mamy ochotę
krzyknąć na kogoś, a czasami mamy ochotę się z nim kochać. Dlaczego
tak się dzieje? Co aktywizuje to, że teraz jesteśmy szczęśliwi albo
nieszczęśliwi?
Mówiąc ogólnie, wynika to z pomieszania polegającego na myśleniu
w kategoriach "ja". Polega to na myśleniu ciągle o sobie, na przydawaniu
ważności sobie. Ja jestem kimś ważnym, kimś, z kim się trzeba liczyć,
kimś dobrym itd., albo przeciwnie - o, ja jestem taki biedny, nieszczęśliwy
itd. To nie musi być uświadomione, może to być równie dobrze nieświadome.
Może to być utrwalona postawa, np. typu: "oto jestem tutaj w tym
okrutnym świecie, muszę walczyć, muszę ciągle walczyć o swoje miejsce,
o swoje, muszę po prostu cały czas być aktywny, żeby nie zginąć".
Tego rodzaju nastawienie, myślenie ciągle o sobie, kategoriami "ja",
aktywizuje rozmaite impulsy karmiczne. Według indotybetańskiego
buddyzmu stanowi to przyczynę rozmaitych sytuacji, tego wszystkiego,
co się z nami dzieje. Ta postawa ja przeciwko światu. Oczywiście,
to może to być podejście inne - jestem kimś biednym, małym, zagubionym.
Cały czas jednak skupiamy się na "ja".
Teraz trzeci fakt, trzecia szlachetna prawda. Mówi ona o tym, że
jest możliwe zatrzymanie tego całego syndromu. Zatrzymanie tego
czy koniec jest możliwy dlatego, że to całe podejście, myślenie
cały czas kategoriami ja, ja, ja, to nie natura rzeczywistości;
nie taka jest rzeczywistość. Dlatego można się takiego podejścia
pozbyć. Jeśli nie aktywizujemy naszych nawyków, wtedy nie ma nawyku.
Nawyk bierze się stąd, że wielokrotnie coś robiliśmy w przeszłości.
Dlatego możemy powiedzieć, że jest nawyk. Jeśli ten nawyk jest kontynuowany,
dalej możemy mówić o nawyku. Jeśli jednak stworzymy takie warunki,
w których ten nawyk nie będzie mógł się powtarzać w przyszłości,
wtedy gdzie jest nawyk? On się już nie pojawia.
Możemy przyjrzeć się naszym doświadczeniom: mają taką czy inną treść,
taką czy inną zawartość. Może to być pomieszanie, niemniej to tylko
pewna treść. Treścią, doświadczeniem życiowym może też być zrozumienie.
Pomieszanie polegało na uważaniu siebie za pępek świata, jestem
kimś ważnym. Gdyby to było prawdą, gdybyśmy naprawdę byli w centrum,
bylibyśmy pępkiem świata, to wszyscy musieliby się z tym zgodzić.
Tylko ja byłbym tym pępkiem świata, cała reszta musiałaby mi to
przyznać. Tymczasem wszyscy myślą dokładnie tak samo, każdy uważa
siebie za to centrum, za pępek świata. Kto ma rację? Nie znaczy
to, że wszyscy jesteśmy głupi. Jest to bardzo zwodnicze. Jako dziecko
już znaliśmy takie sytuacje: zamykaliśmy oczy i nagle nie było świata,
nic nie istniało, ale ciągle mieliśmy poczucie siebie, jakiś taki
głosik, który mówił, że ja jestem.
Tak to właśnie wygląda z naszego punktu widzenia. Po prostu "ja"
ciągle nam towarzyszy, wydaje nam się, że właśnie tak to jest. Ale
to tylko pewne zjawisko, pojawienie się. To nie znaczy, że rzeczy
naprawdę tak istnieją. Musimy zrozumieć, że to pewien mit, nie jest
tak, że ktoś z nas jest centrum wszystkiego, pępkiem wszechświata,
i jest ważniejszy od innych.
Czwarty fakt dotyczący życia mówi, iż możemy uzyskać takie zrozumienie.
Jeśli będziemy mieli takie zrozumienie, to ono przeciwważy nasze
pomieszanie, bo jest silniejsze od pomieszania. Im bardziej bowiem
sprawdzamy swoje zrozumienie, tym bardziej widzimy, że ono jest
prawdziwe. Tymczasem im bardziej egzaminujemy nasze pomieszanie,
tym bardziej widzimy, że ono jest fałszywe. Na tym z grubsza polega
buddyjska ścieżka.
Jeśli chcemy pozbyć się tych różnych psychicznych górek i dołków,
jeżeli chcemy się tego pozbyć i chcemy mieć bardziej stabilny, unormowany
stan umysłu, sposób przeżywania - jest to możliwe. Mówi się, że
to, co się z nami dzieje, to nie kwestia jakiegoś przypadku, losu,
przeznaczenia czy czegoś takiego. To, co się z nami dzieje, wynika
z naszego pomieszania, które nie tylko na bieżąco aktywizuje pewną
przeszłą karmę, ale jeszcze dokłada do tego następną. Dzięki takiemu
podejściu mamy co robić, nie jesteśmy bezbronną ofiarą, która może
tylko rozłożyć ręce. Możemy zachowywać się w sposób aktywny. Gdybyśmy
mogli zastąpić pomieszanie zrozumieniem i dzięki rozmaitym metodom,
takim jak koncentracja itp., umieli utrzymać to zrozumienie przez
cały czas, to zrozumienie automatycznie zakłada czy wywołuje miłość
i współczucie do wszystkich istot, ponieważ widzimy, że nikt nie
jest pępkiem wszechświata, wszyscy są równi, wszyscy chcą być szczęśliwi,
nie chcą cierpieć, więc automatycznie, mając takie zrozumienie,
zachowujemy się w sposób przyzwoity, miłujący, współczujący.
Kiedy opieramy swoje działania na prawidłowym widzeniu, na zrozumieniu,
wówczas przestajemy aktywizować stare nawyki, po prostu przestajemy
zachowywać się tak, jak robiliśmy to wcześniej. Zachowujemy się
inaczej, zgodnie z nowym zrozumieniem. Stare nawyki skończyły się.
Osiągamy stan pełnego oświecenia, poziom buddy. Nigdzie nie jest
powiedziane, że to jest łatwe, jest tylko powiedziane, że jest to
możliwe. Jest to stan, gdzie nie ma nieustannego falowania, tych
wszystkich górek i dołków, tylko można działać w sposób bardzo bezpośredni,
taki, żeby pomagać innym.
To było bardzo ogólne przedstawienie zagadnienia karmy. Temat ten
prowadzi nas do tematu jutrzejszego spotkania, którym będzie odradzanie
się, ponieważ właśnie karma, te wszystkie nawyki, widzenie przez
pryzmat ja itd., ma taką konsekwencję.
Dziękuję. |
 |