 |
Lama Rinczen
"Sześć paramit - ścieżka bodhisattwy"
Sześć Paramit. W tradycji piśmiennictwa buddyjskiego, zarówno jeszcze
w starożytnych Indiach, sanskryckiego piśmiennictwa, jak i tybetańskiego,
i chińskiego - istnieją grube tomy będące komentarzami do tego tematu.
Nie próbuję sugerować, że przestudiowałem je wszystkie. Wiem tylko,
że istnieją. To oznacza, że w ciągu krótkiego wystąpienia dzisiaj
nie powiem wszystkiego, co należałoby powiedzieć o sześciu paramitach.
Niemniej spróbuję przedstawić takie ogólne, podstawowe założenia
tego, co rozumie się pod tym pojęciem "sześć paramit", a także pod
pojęciem "ścieżka bodhisattwy". Należy, więc dzisiaj przedstawić
takie pojęcia jak: ścieżka, bodhisattwa, paramity.
Zacznę od krótkich definicji.
Co rozumiemy pod pojęciem "ścieżka"? Ścieżka jest to pewnego rodzaju
droga, coś, co się przechodzi. A więc, z założenia jest tak, że
musimy opuścić jakieś miejsce po to, żeby dotrzeć do jakiegoś innego.
I, jak na razie, nie udało się jeszcze nikomu być w dwóch miejscach
jednocześnie. Jeśli chcemy udać się dokądś, musimy najpierw opuścić
miejsce, w którym byliśmy poprzednio. W tym sensie ścieżka duchowa
oznacza również, że stawiamy sobie jakiś cel do osiągnięcia, ale
żeby go osiągnąć jest coś, co musimy pozostawić poza sobą. A więc,
jeżeli mówimy o pojęciu ścieżki oznacza to, iż musimy być świadomi
tego, że istnieją pewne nawykowe skłonności, pewne nawyki ciała.
Istnieją pewne nawyki mowy. Istnieją nawykowe skłonności umysłu,
których chcemy się pozbyć, z których chcemy zrezygnować. Chcemy
dokądś dojść, to znaczy, że istnieją jakieś cechy, jakieś właściwości,
które postanowiliśmy rozwinąć. Co rozumie się pod pojęciem ścieżki?
A więc, jest tutaj pewien proces przemiany. Ścieżka w buddyzmie
nie oznacza tego, że pozostajemy tacy jak byliśmy tylko, że nagle
wolno nam czegoś jeszcze więcej, albo robi się to jeszcze lepiej.
Oznacza to przemianę - zrezygnowanie z pewnych nawykowych skłonności,
rozwinięcie pewnych cech, pewnych właściwości.
Wyjaśnimy teraz pojęcie "bodhisattwa".
W tradycji buddyjskiej mamy dwa zasadnicze nurty, dwa zasadnicze
kierunki myśli, praktyki. Pierwszy nazywa się wąską ścieżką. Dotyczy
to tych, którzy wstępują na duchową ścieżkę, ponieważ mają przekonanie,
że nie mogą już więcej znieść swojej obecnej sytuacji. Chcą coś
zmienić, dążą do jakichś wyższych, duchowych celów. Myślą, ogólnie
mówiąc, o swoim własnym wyzwoleniu, uwolnieniu się z obecnej sytuacji.
Nazywa się to wąską ścieżką, czy małą ścieżką, ponieważ motywacja
jest tutaj stosunkowo wąska - dotyczy tylko nas samych.
W odróżnieniu od tego istnieje drugi nurt nazywany wielką ścieżką,
ponieważ zasadnicza motywacja jest tutaj nieco odmienna. Mianowicie
mówi się, że ktoś wstępuje na tę duchową ścieżkę, ponieważ nie może
znieść sytuacji wszystkich innych czujących istot. Co to znaczy
nie może znieść sytuacji? To znaczy, że uświadamia sobie, że każdy
z nas, kto jest czującą istotą, to znaczy posiadającą umysł, zdolność
odczuwania, zdolność przeżywania, interpretowania, doświadczania
- każdy z nas chce być zadowolony, chce być szczęśliwy, chce żeby
mu było dobrze. Nikt nie lubi cierpieć, nie lubi jak mu umierają
bliscy, nie lubi kiedy go boli coś fizycznie, albo kiedy się czuje
fatalnie psychicznie. Każdy chce uniknąć cierpienia, i chce być
zadowolony. Toteż, stale i stale dążymy do tego, wykonując rozmaite
działania. W czasie, kiedy byliśmy w kołysce radziliśmy sobie doskonale
z tym problemem.
Jak nam było nie dobrze po prostu krzyczeliśmy głośno i pojawiało
się zbawienie w postaci mamy, która karmiła nas swoim świeżym mlekiem,
otulała nas, i było nam nagle dobrze. Mieliśmy sposób na załatwienie
kwestii cierpienia i szczęścia. Jak dorastaliśmy, życie stawało
się coraz bardziej skomplikowane. Ale ta podstawowa motywacja stoi
stale za tym, co robimy. Kształcimy się, zdobywamy przyjaciół, unikamy
wrogów. Chodzimy w pewne miejsca, innych miejsc unikamy. Staramy
się żeby towarzyszyły nam pewne myśli, a innych nie lubimy, staramy
się je odsunąć. Wszystko to kręci się stale wokół tego samego schematu:
chcemy być zadowoleni, chcemy, żeby nam było dobrze. Niestety nic
nie wskazuje na to, żeby udało nam się w taki rzeczywiście trwały
i konsekwentny sposób wyplenić wszelkie przyczyny niezadowolenia.
Chcemy, czy nie chcemy - podlegamy chorobom. Większość z nas dożyje
starości, która nie jest przyjemnym stanem, bo przyciąga wszystkie
inne choroby, bo zmysły stają się przytępione.
Będziemy wszyscy podlegać cierpieniu śmierci. Stale zdarza nam się
spotkać kogoś, kogo nie lubimy, spotkać sytuacje, których nie lubimy,
i nie jesteśmy w stanie uniknąć tego trwale, zawsze. Zdarza się
spotkać kogoś takiego. Zdarza się, że nie możemy na zawsze utrzymać
przy sobie sytuacji albo ludzi, przyjaciół, których kochamy, z którymi
chcielibyśmy być zawsze. A więc, wydaje się, że tego podstawowego
problemu nie załatwiliśmy do końca. I ktoś inny może dojść do wniosku:
być może sposób, w jaki szukamy tego zadowolenia, szczęścia, i jak
chcemy uniknąć cierpienia - być może sposób nie jest właściwy. A
więc, postanawia wkroczyć na duchową ścieżkę po to, żeby odkryć,
odnaleźć ten właściwy sposób.
Kogoś takiego, nastawionego przede wszystkim na przyniesienie pożytku
innym, nazywamy bodhisattwą.
Jest to niezmiernie istotne, i poświęciłem temu dłuższą chwilę,
ponieważ zrozumienie znaczenia sześciu paramit, czy też sześciu
cnót bodhisattwy, jest praktycznie niemożliwe bez zrozumienia tego
podstawowego nastawienia bodhisattwy - postawy, w której dobro innych
staje się dla niego czymś najważniejszym, i przede wszystkim dąży
do tego, żeby przynieść innym pożytek. Oczywiście, że to nie oznacza,
iż przy okazji sam będzie zbierać cierpienie. Oczywiście, że on
sam również, dzięki temu, uzyskuje pewien rodzaj satysfakcji, szczęśliwości,
zadowolenia.
Ale podstawową motywacją jest pragnienie przyniesienia pożytku innym.
I oczywiście, że istnieje w buddyzmie bardzo wiele nauk mówiących
o tym, w jaki sposób tak szlachetną ideę, tę chęć przynoszenia pożytku
innym, jak tę ideę rozwijać w sobie, w jaki sposób utrwalać, pogłębiać
taką myśl. Bo zwykle jest tak, że ktoś pod wpływem jakiejś inspirującej
sytuacji, czy pod wpływem spotkania jakiegoś wielkiego bodhisattwy,
jakiegoś nie zwykle uduchowionego człowieka, pod wpływem spotkania
odpowiedniej literatury, czy jakichś innych czynników, czy pod wpływem
tego, że właśnie dostrzega cierpienie innych - ktoś być może postanawia
wkroczyć na taką ścieżkę. Chce zrobić coś dla innych, a zdaje sobie
sprawę, że tylko nakarmienie innych, chociaż jest bardzo pożyteczne,
to pomoże im jednak tylko na kilka godzin, że znacznie lepiej było
by nauczyć ich żyć we właściwy sposób. A więc ktoś taki, kto dojdzie
do tego wniosku, to nie jest tak, że będzie miał od razu, stale,
zawsze takie szlachetne myśli w sobie. Wszyscy na pewno doświadczamy
tego w życiu nieraz, że czasami chcemy czegoś bardzo dobrego, bardzo
szlachetnego, a później po prostu przechodzi nam zapał.
Albo pod wpływem przeciwstawnych okoliczności czy złego towarzystwa
zmieniamy poglądy. A czasami po prostu nie starcza nam determinacji,
albo inne rzeczy stają się jeszcze ciekawsze. Zmierzamy w innym
kierunku. A więc istnieje cała grupa nauk mówiąca o tym, w jaki
sposób pracować nad swoją motywacją, w jaki sposób ją pogłębiać,
utrwalać, sprawiać, aby była jeszcze czystsza. I dopiero na bazie
takich nauk, które się studiuje, poznaje, praktykuje, na bazie tego
pojawia się w tradycji buddyzmu mahajany, czyli tej wielkiej drogi
- drogi, w której dąży się do przyniesienia pożytku innym - pojawia
się ta druga część nauk mówiąca o tym, jak te szlachetne idee konkretnie
wprowadzić w czyn.
I w tym kontekście trzeba powiedzieć, że cała praktyka buddyjska
sprowadza się do trzech podstawowych elementów. Nazywa się to potrójnym
treningiem, czy też potrójnym ćwiczeniem, można to różnie tłumaczy:
Po pierwsze, to oznacza właściwe postępowanie.
Po drugie, właściwe zrozumienie.
I po trzecie, właściwą medytację.
To są trzy elementy. Gdyby któregokolwiek z nich zabrakło, to ścieżka
nie byłaby kompletna. Te trzy elementy wspierają siebie nawzajem.
Bo jeżeli ktoś chciałby iść ścieżką duchową, na przykład poświęcając
się tylko studiowaniu, pogłębianiu zrozumienia i medytacji, ale
nie będzie to poparte właściwymi czynami - to niestety, jeżeli w
życiu nie potrafimy zachować się porządnie, pozostają w umyśle różnego
rodzaju skłonności, które będą sprawiać, że nie rozwiniemy prawdziwego
spokoju, wyciszenia, jasności, klarowności umysłu. A więc, nie rozwinie
się wszystkiego tego, co wiąże się z medytacją. Jeżeli nie będziemy
poznawać nauk, nie będziemy studiować, wówczas w żaden sposób nie
rozwiniemy medytacji.
W ogóle pojęcie medytacji jest tematem bardzo złożonym i wymagającym
jakby osobnego omówienia, ponieważ bardzo często, jest tak znowu
w naszej zachodniej kulturze, że pod pojęcie medytacji wkładamy
wszystko, co możliwe, co ma do czynienia z jakimś ćwiczeniem umysłu.
Nie całkiem uświadamiamy sobie, że istnieją bardzo, bardzo różne
sposoby ćwiczenia umysłu, i nie wszystkie prowadzą do tego samego.
Podobnie, jak można ćwiczyć ciało na różne sposoby po to, żeby zostać,
na przykład ratownikiem wodnym, czy górskim. Albo można ćwiczyć
ciało żeby umieć skutecznie zabijać innych. Podobnie jest z ćwiczeniem
umysłu. Nie jest tajemnicą, wszędzie się o tym teraz słyszy, w różnych
publikacjach, czyta się również o tym, że na przykład szpiegów w
różnych krajach szkoli się poprzez różne techniki koncentracyjne,
żeby umieli zachować spokój, opanowanie.
Ćwiczy się tak samo sportowców w medytacjach. I na pewno to nie
jest taki sam rodzaj medytacji, jaki ćwiczy ktoś, kto jest nastawiony
na przynoszenie pożytku innym. Są to odmienne techniki, odmienne
cele, ćwiczenie umysłu zupełnie w innych cechach, rozwijanie innych
cech. Patrząc z innego punktu widzenia - skoro nie będziemy w stanie
rozwijać odpowiednich cech nie nauczywszy się właściwego postępowania,
nie rozwiniemy odpowiednich cech umysłu - to ktoś mógłby pomyśleć:
w takim razie wystarczy skupić się na właściwym postępowaniu, nauczyć
się jak to robić, i po prostu robić swoje. A tymczasem okazuje się,
że to jest nie zawsze możliwe, ponieważ bardzo często wiemy, że
coś jest nie właściwe, wiemy, że coś jest nie dobre, a jednak pod
wpływem emocji nie umiemy się powstrzymać przed tym, na przykład
pod wpływem gniewu, irytacji, dumy, zazdrości. Czasami wiemy, że
coś jest bardzo dobre, szlachetne, że powinniśmy to właśnie zrobić,
a brakuje nam odwagi, brakuje nam determinacji lub, z powodu innych
stanów emocjonalnych, nie umiemy się przekonać do tego, żeby właśnie
wykonać ten czyn, który powinniśmy zrobić.
I dlatego mówi się, że jeśli ktoś nie ćwiczy się w medytacji po
prostu będzie podlegał emocjonalnej niestałości, i jego działanie
nigdy nie będzie właściwe, nigdy nie będzie adekwatne w danej sytuacji.
Dlatego te trzy elementy: właściwe zrozumienie, właściwe postępowanie
i właściwa medytacja wspierają się nawzajem. I teraz,, jeśli popatrzeć
na to dokładniej, to właściwe postępowanie składa się dalej z trzech
elementów: z dobroczynności, z etycznej samodyscypliny i z cierpliwości.
Mamy trzy elementy. Mieliśmy do tego jeszcze ćwiczenie się w medytacji,
i w zrozumieniu. To już jest razem pięć. W każdej z tych rzeczy
powinno się być pilnym, inaczej nie osiągnie się owoców. To stwarza
razem sześć.
Jest to tak zwanych sześć cnót bodhisattwy, czy też sześć wyzwalających
czynów bodhisattwy.
Powiedziane jest, że tą pierwszą cnotą, którą rozwija się po to,
żeby móc nauczyć się innych właściwości bodhisattwy - tą pierwszą
cnotą jest dobroczynność. Czasami tłumaczymy to słowo również jako
dawanie, aczkolwiek to nieco zawęża znaczenie tego słowa, bo kojarzy
się tylko z dawaniem różnych rzeczy.
Tymczasem w kontekście dobroczynności mówimy o dawaniu na trzech
różnych poziomach.
Jest dawanie materialnej pomocy kiedykolwiek inni jej potrzebują,
a my jesteśmy w stanie jej udzielić. Bo jeśli czegoś nie mamy -
jesteśmy o to proszeni - po prostu nie jesteśmy w stanie dać. Ale
czasami jest tak, że ktoś ma na przykład proszki przeciw bólowe,
ktoś inny cierpi na migrenę, jeżeli odmówimy mu tego proszku, po
prostu z powodu niechęci, nie jest to bardzo szlachetne działanie.
Jeżeli potrafimy podzielić się czymś materialnym, takim jak lekarstwo,
jest to przykład dobroczynności.
Ale inna dobroczynność polega na dawaniu pomocy. Ogólnie mówi się
o dawaniu ochrony. Kiedy na przykład ktoś jest przerażony, ktoś
jest chory, potrzebuje jakiejś opieki, pomocy, nawet, jeśli nie
dajemy mu materialnych rzeczy, jest to oczywiście również przykład
dawania.
I wreszcie trzecie to jest dawanie zrozumienia.
O każdym z tych rodzajów dawania powiedziano bardzo wiele. Istnieją
bardzo szczegółowe analizy. Na przykład w przypadku dawania materialnych
rzeczy nie jest to takie proste, że należałoby tak zawsze, w naiwny
sposób dawać każdemu, kto tylko o coś poprosi.
Oczywiście, że istnieją sposoby niewłaściwego dawania. Na przykład,
jeżeli szaleniec albo ktoś jest zdesperowany, jest w głębokiej depresji,
prosi o jakiś rodzaj broni - byłoby bardzo nie właściwe dać mu tę
broń, bo on po prostu przyniesie innym lub sobie szkodę. Lub ktoś
chce popełnić samobójstwo. Nie jest właściwym rodzajem szczodrości
danie mu sznurka, i jeszcze informację jak wiąże się poprawnie węzeł.
Istnieją jeszcze inne sposoby dawania, które mogą być niewłaściwe.
Na przykład, dawanie nie swoich rzeczy. Jeżeli mamy jakąś własność,
która nie jest całkowicie naszą własnością, ale jest wspólnym dobrem,
na przykład naszym i współmałżonka, naszym i reszty rodziny, naszym
i przyjaciół, wówczas dzielenie się tym, co nie jest nasze, w oczywisty
sposób, nie jest właściwym dawaniem. Tak samo istnieją inne przykłady
dawania, które uważa się za niewłaściwe. Na przykład, czasami, jeśli
jest to nawet odpowiednia osoba, która jest w potrzebie, mamy coś,
czego ona potrzebuje, ale dajemy w taki sposób, żeby tę osobę, na
przykład poniżyć, żeby pokazać, jak bardzo to my jesteśmy w tej
lepszej sytuacji, i z litości dzielimy się. Każde takie dawanie,
które sprawia, że odbiorca nie czuje się zbyt dobrze, nie czuje
się zbyt komfortowo, również uważa się, że nie jest właściwym dawaniem.
I tutaj, mamy do czynienia zarówno z niewłaściwym sposobem dawania,
jak i z niewłaściwą motywacja. Toteż, w szczegółowych wyjaśnieniach
dotyczących dawania mówi się, żeby zwrócić uwagę na to, że istnieją
odpowiednie rzeczy dawane w odpowiednim czasie, w odpowiedni sposób,
z odpowiednią motywacją.
Gdybyśmy chcieli spojrzeć na to, co uważa się za esencję szczodrości
(istnieją takie oczywiście definicje i dokładne analizy, co uważamy
za esencję szczodrości), to w rzeczywistości uważa się za nią pewną
postawę umysłu, gotowość do dzielenia się kiedykolwiek potrzeba
się dzielić, kiedykolwiek inni są w potrzebie. My mamy coś, czym
możemy się podzielić, czym dysponujemy, i jesteśmy gotowi to zrobić.
Nawet można znaleźć w bardzo starożytnych tekstach sformułowania
tego rodzaju, że przecież nawet, choć byśmy nie wiem jak się starali,
to i tak nie będziemy w stanie nakarmić wszystkich ludzi w tym świecie,
wszystkich zwierząt, wszystkich, którzy są w potrzebie. I mimo,
że nie jesteśmy w stanie tego zrobić, żeby nakarmić wszystkich,
obdzielić ubraniem, dać wszystko, czego pragną, to i tak istnieje
coś takiego jak doskonałość szczodrości.
I zatem za doskonałość szczodrości uważa się taką mentalną postawę,
która oznacza po prostu nie przywiązanie do tego, co się posiada,
zdolność do dzielenia się kiedykolwiek zajdzie taka potrzeba. Przy
czym w tym kontekście znowu trzeba bardzo dobrze zrozumieć pojęcie
nie przywiązania, ponieważ ono bywa bardzo opatrznie rozumiane,
w szczególności przez niektórych neofitów, takich świeżo zarażonych
buddyzmem na zachodzie, którzy czasami całkiem naiwnie myślą, że
szczodrość polega na tym, żeby rozdać wszystko, co się posiada.
A ona wcale nie na tym polega. Ponieważ rozda się rzeczy, i jeśli
pozostanie przywiązanie w umyśle, to problem i tak pozostanie. Ponadto,
jeżeli ktoś zbyt kompulsywnie, tak po prostu w jednym odruchu odda
wszystko, co posiada, bardzo szybko zacznie tego żałować, kiedy
okaże się, że sam wpada w problemy, że brakuje mu różnych rzeczy.
I mówi się, że z punktu widzenia duchowej praktyki, nie ma w ogóle
żadnego pożytku w takim dawaniu, że należy się uczyć prawdziwej
szczodrości całkowicie stopniowo, krok po kroku.
Nawet ten tekst, o którym myślę, tekst napisany przez Szantidewę,
który żył w IV bądź w VI wieku naszej ery mówi, że istnieją w tym
świecie ludzie, którzy w ogóle nie potrafią dzielić się niczym,
co posiadają. Istnieją tacy ludzie, którzy są tak skąpi, że nawet
dopuszczenie myśli o podzieleniu się czymś, w ogóle nie może im
przyjść do głowy. Ale to nie znaczy, że oni nie są w stanie nauczyć
się szczodrości. Tylko, żeby to zrobić muszą uczyć się tego stopniowo,
krok po kroku. Mówi, że można wykonać takie ćwiczenie: wziąć do
ręki ziemniak na przykład, albo jakiś inny owoc, powiedzmy jabłko,
wziąć sobie do ręki i powiedzieć sobie, wspaniale mam owoc, mam
jabłko w prawej ręce, dam go lewej ręce. Dawanie sobie z ręki do
ręki jest takim pierwszym krokiem, który pomógłby przekroczyć pewne
sztywne schematy mentalne - niezdolność do dzielenia się. Później
lewa ręka może dać prawej ręce, prawa ręka lewej, i w ten sposób
wytworzy się taką skłonność, nawyk do myślenia: o jestem w stanie
dać! Mówi się o tym, żeby stopniowo później nauczyć się dawać takie
rzeczy, które są stosunkowo mało ważne dla nas, które są mało wartościowe.
To wcale nie znaczy, że jeśli mamy dwa owoce, i ktoś nas prosi o
to, żebyśmy dali owoc, to musimy zawsze dać ten lepszy, ten większy,
smaczniejszy. Być może, z punktu widzenia chwilowych korzyści tego
kogoś innego, lepiej by było żebyśmy dali ten lepszy, ale z punktu
widzenia rozwinięcia pewnych cech, takich jak dobroczynność, lepiej
dać ten owoc, który potrafimy dać całkowicie łatwo, bez przywiązania,
tak żeby potem tego nie żałować. Co on zrobi z moim owocem, a może
go nie zje i wyrzuci? Już nie jest mój! Dałem, i nic mnie nie obchodzi,
co on zrobi ze swoim owocem!
W ten sposób wyjaśnia się jak rozpocząć naukę szczodrości, która
sprawi, że w przyszłości, krok po kroku, rozwijając taką właśnie
postawę umysłu, kiedy będzie potrzeba, będziemy w stanie dzielić
się nawet bardzo wielkimi, bardzo ważnymi rzeczami po to, żeby przynieść
naprawdę autentyczny pożytek innym - kiedy będzie taka sytuacja.
Nie tylko po to, żeby spełniać kaprysy, czy zachcianki kogoś o bardzo
rozbitej osobowości. Nie na tym polega szczodrość, żeby spełniać
wszystkie głupie zachcianki, a później nie mieć, czym pomagać tym,
którzy naprawdę tego potrzebują.
Obok tej materialnej szczodrości istnieje dzielenie się pomocą,
dawanie opieki, czy ochrony. Kiedy inni na przykład są przerażeni
- uspokojenie ich, danie im poczucia bezpieczeństwa. Na przykład
ktoś jest chory - udzielenie pomocy mu w jakiś sposób. Być może
żyje on w lęku, że jeśli inni mu nie pomogą, to nie będzie w stanie
przynieść sobie jedzenia, nie będzie w stanie sobie ugotować jedzenia.
Może doświadcza jakichś tego rodzaju kłopotów. Jeżeli potrafimy
dać mu tego rodzaju otuchę, dać mu poczucie bezpieczeństwa, to jest
to również przykład szczodrości, bardzo ważnej szczodrości. Czasami
ona może wcale nie oznaczać dawania różnych materialnych rzeczy.
I wreszcie trzeci poziom szczodrości, to jest dzielenie się swoim
zrozumieniem. Może to dotyczyć zarówno bardzo zwyczajnych światowych
spraw, na przykład stoi przy drodze ktoś z autem, rozłożone ręce,
nie wie, w jaki sposób wlać benzyny z kanistra do zbiornika. A my
wiemy jak to zrobić. Możemy się zatrzymać i pomóc mu. Okazanie tego
rodzaju pomocy może kosztuje nas minutę lub dwie, a faktycznie dla
kogoś jest bardzo dużym wybawieniem. Czy tez w innych, takich bardzo
życiowych sprawach mamy zdolność, rozumiemy coś, możemy komuś pomóc.
Jest to dzielenie się swoim zrozumieniem. Podobnie dotyczy to dzielenia
się zrozumieniem jakimś takim głębszym, duchowym, kiedy wskazujemy
komuś właściwy kierunek życia, kiedy uczymy go po prostu, w jaki
sposób przeżyć to swoje życie lepiej. Dzielenie się tego rodzaju
duchową wiedzą należy również do szczodrości, do dobroczynności.
Mówi się, że jeżeli ktoś nie potrafi rozwinąć tej pierwszej cechy,
właśnie dobroczynności, zdolności do dzielenia się, do dawania,
nie ma szansy w ogóle na żadnej duchowej ścieżce.
I nie dotyczy to tylko ścieżki buddyjskiej, ale jakiejkolwiek szlachetnej,
duchowej ścieżki w tym świecie. Bo jeżeli ktoś będzie kurczowo przywiązany
do tego, co posiada, to z całą pewnością, wcześniej czy później,
z powodu przywiązania do tego, co ma, będzie popełniać negatywne
czyny. Po to, żeby za wszelką cenę ochronić. Albo z powodu tego
uczucia przywiązania czy pragnienia po to, żeby zdobyć coś, czego
jeszcze nie ma, a koniecznie musi mieć czuje, że koniecznie musi
to zdobyć - również popełni jakieś negatywne czyny. Więc, nie będzie
w stanie rozwinąć etycznej samodyscypliny, będzie popełniać negatywne
działania, co będzie pociągać za sobą różnego rodzaju lęki, rozterki,
emocjonalne zaburzenia. I nigdy nie osiągnie w ten sposób żadnego
postępu, tak żeby swoje życie przeżyć jakoś godniej, głębiej. Dlatego
uważa się, że szczodrość jest pierwszym krokiem, bez którego nie
rozwiniemy dalszych właściwości. Natomiast, jeżeli ktoś rozwinie
szczodrość, dobroczynność czy tę zdolność (nie przywiązanie) do
dzielenia się, to w naturalny sposób rozwinie się z tego etyczna
samodyscyplina. W naturalny sposób powstanie w nim takie poczucie
pewnej godności i rozumienia, co to znaczy szlachetne czyny, co
to znaczy nieszlachetne czyny, i powstanie w nim skłonność do unikania
tego, co negatywne, unikania tego, co nie właściwe.
I, w ten sposób rozwija się druga cnota, czy też druga wyzwalająca
właściwość bodhisattwy, mianowicie etyczna samodyscyplina. Definiuje
się ją w bardzo prosty sposób. Oznacza ona zdolność do unikania
negatywnych działań, powstrzymywania się od negatywnych działań.
Jest to najbardziej ogólna definicja. Ale w rzeczywistości jak mówimy
o takiej głębszej analizie etyki, mówi się, że posiada ona znowu
różnego rodzaju poziomy, różne aspekty.
Pierwszy aspekt jest taki właśnie dosyć pasywny. Po prostu, nie
poddawanie się negatywnym skłonnościom. A więc unikanie zabijania,
okradania itd., w taki oczywisty sposób negatywnych czynów. Niemniej
sama w sobie taka postawa jest dosyć pasywna, jest po prostu nie
robieniem czegoś. Jest to już piękne i szlachetne, ale cała etyka
buddyjska nie sprowadza się tylko do nie robienia czegoś - zawiera
w sobie jeszcze dwa inne poziomy.
Ten drugi, to jest tak zwana etyka gromadzenia dobra. Tak się to
dosłownie tłumaczy z sanskrytu i z tybetańskiego. Oznacza to nie
tylko, że pozostajemy w tym stanie nie wykonywania negatywności,
ale angażujemy się w różne prawe, szlachetne czyny. I tutaj można
wymienić cały szereg różnych prawych i szlachetnych czynów, ale
wydaje się, że większość z tych nauk to jest takie ponad kulturowe,
ogólnoludzkie dobro, i każdy wie, co to znaczy dobre działania.
Do nich należy, na przykład dobroczynność czy szczodrość wymienione
wcześniej, ale już nawet z tego, co zostało powiedziane wynika jednoznacznie,
że nie każdy rodzaj dawania jest czymś właściwym. A więc mamy etykę
gromadzenia dobra, etykę rozwijania dobrych cech, która nie oznacza
tylko ślepego rozdawania rzeczy, oznacza, że jest w tym pewna etyka,
jest w tym pewna mądrość, jest w tym właściwy sposób postępowania.
I wreszcie trzeci rodzaj etyki, to jest etyka pracy dla dobra innych.
Oznacza to faktyczne angażowanie się w pracę, bezpośrednie pomaganie
innym. Załóżmy, że będzie to organizacja charytatywna, a być może
będzie to całkowicie inny kierunek działalności, być może to będzie,
na przykład jakaś praca naukowa mająca na celu wynalezienie jakiegoś
specjalnego rodzaju leków po to, żeby pomóc innym. Również na pewno
będą towarzyszyć takiej właśnie pracy, różne kwestie wyboru. Pójść
w tę stronę, czy w inną, zrobić to czy, nie to. I w tym kontekście,
mamy na pewno kwestię wyborów moralnych. Czy przyniesie to pożytek
innym, czy też, jeżeli pójdę w kierunku takiego działania, to wymyślę
tylko inny rodzaj broni, a być może wymyślę coś takiego, co będzie
mogło służyć i do produkowania czegoś dobrego i złego, czy powinienem
wtedy iść w tym kierunku? Na pewno mamy przed sobą tego rodzaju
moralne wybory, i o tym właśnie mówi cały duży rozdział zwany tą
etyką pracy dla dobra innych.
Jest to bardzo krótkie przedstawienie tematu etyki. Oczywiście,
istnieją na ten temat również bardziej szczegółowe analizy. Będę
chciał na koniec jeszcze raz, z lotu ptaka wszystkie te sześć wyzwalających
działań opisać, bo są pomiędzy nimi bardzo ciekawe zależności. Niemniej
trzeba przedstawić każdy z nich pokrótce...
...ale nie rozwinął cierpliwości, to wcześniej czy później pod wpływem
irytacji, pod wpływem gniewu, pewnie zniszczy wiele dobra, które
wcześniej stworzył. Wiemy o tym, że tak łatwo jest, na przykład
długo budowaną przyjaźń, czy jakąś relację zniszczyć, zdeptać poprzez
jakąś chwilę nie kontrolowanych działań wykonanych pod wpływem gniewu.
Można kogoś tak głęboko urazić, że będzie trudno to później naprawić.
Wiemy o tym, że można budować. Na przykład, dzieci czasami budują
bardzo długo jakiś domek z klocków lego, pod koniec, coś im się
nie udaje, jednym mocnym kopnięciem mogą zniszczyć wiele dni pracy.
Mówiąc krótko, gniew jest bardzo destruktywny. Uważa się go za najbardziej
destruktywne uczucie. Dlatego istotne jest ćwiczenie się w cierpliwości.
Definiuje się ją w ten sposób, że jest to zdolność do pozostawania
opanowanym wobec przeciwstawnych okoliczności.. Kiedy pojawiają
się jakieś trudności, zachowanie opanowania, nie wpadanie w gniew
i w irytację - to jest istota cierpliwości. Powiada się nawet od
starożytnych czasów, że nie ma większej cnoty niż cierpliwość, że
ona jest podstawą wszystkich innych cnót, bo bez niej nie rozwinie
się prawdziwej szczodrości, prawdziwej etyki.
Oczywiście kwestia cierpliwości jest znowu bardzo trudnym i bardzo
delikatnym tematem. Co to znaczy nie być zirytowanym, kiedy ktoś
na przykład występuje w jawny sposób przeciwko nam? Po to, żeby
ten temat zrozumieć, trzeba mu się przyjrzeć nieco dokładniej. Mówimy
o trzech rodzajach cierpliwości (każda z tych paramit ma trzy rodzaje).
I pierwsza, to jest właśnie cierpliwość wobec tych, którzy nam szkodzą,
którzy występują przeciwko nam, na przykład obgadują nas za plecami
albo na wprost mówią bardzo nieprzyjemne rzeczy, albo w jakiś inny
sposób działają przeciw nam. Żeby dobrze zrozumieć to pojęcie cierpliwości
tutaj, z punktu widzenia nauki buddyjskiej, trzeba spojrzeć na całokształt
nauk buddyjskich i przyjąć do wiadomości fakt, że buddyści wierzą
w reinkarnację. Co więcej wierzą, że wraz z tą reinkarnacją nierozerwalnie
związane jest prawo karmy, czyli to, że doświadczamy skutków swoich
czynów. To, co teraz robimy zasiewa nasiona tego, co będziemy doświadczać
w przyszłości, a to, kim jesteśmy obecnie jest wynikiem tego, co
robiliśmy w przeszłości.
Nauka o karmie jest buddyjską odpowiedzią na pytanie zadawane przez
wielu ludzi, dlaczego jedni rodzą się bogaci i zdrowi, inni biedni,
nieszczęśliwi. Jedni rodzą się w kraju dobrobytu, inni rodzą się
w kraju gdzie jest wiele wojen. W buddyzmie odpowiedź na to jest
taka:, bo swoimi wcześniejszymi czynami zapracowali właśnie na to.
Nie jest to przypadek. Nikt ich na to nie zesłał. Doświadczają naturalnego
prawa przyczyn i skutków. Z tej nauki wynika również przeświadczenie,
że jeżeli ktoś w obecnej sytuacji działa przeciwko nam, to w rzeczywistości
jest to wynik naszych wcześniejszych działań. To nie jest tak, że
pojawia się to pierwszy raz znikąd, że ktoś jest przeciwko nam.
On nam szkodzi, ponieważ myśmy robili w poprzednich żywotach coś
negatywnego, coś niewłaściwego. A skoro zasialiśmy tego rodzaju
skłonności to znaczy, że wcześniej czy później będziemy doświadczać
ich skutków. Być może, że jeżeli nie doświadczymy ich teraz, to
w przyszłości zbiorą się takie okoliczności, że będziemy mieli jeszcze
większe problemy.
A więc właściwie można spojrzeć na tego, kto nam szkodzi jako na
lustro naszych własnych negatywności, i co więcej na miotłę, która
wymiata nagromadzoną przez nas negatywną karmę, czyli jakieś negatywności
z przeszłości. Wymiata, to znaczy doświadczyliśmy już skutków swoich
czynów. Jeżeli teraz się rozgniewamy, jeżeli teraz działamy znowu
pod wpływem gniewu, odpowiadamy mu pięknym za nadobne, to gromadzimy
przyczyny przyszłego cierpienia znowu. Ale, jeżeli w tej chwili
zachowamy opanowanie, to po prostu oczyściliśmy skutki swoich poprzednich
czynów. Nie będziemy już ich więcej doświadczać. A więc, mówi się
w ten sposób: ten ktoś nie tylko jest miotłą, która wymiata moje
negatywności, ale co więcej, daje mi doskonałą szansę ćwiczenia
się w cierpliwości. Jeśli nie nauczę się cierpliwości to nie rozwinę
żadnej ze wspaniałych duchowych cech. Cierpliwość jest podstawą
wszystkich cnót. A skoro tak, to ten ktoś nie tylko jest moim dobroczyńcą.
Tego rodzaju analizy faktycznie przedstawia się w buddyjskiej tradycji.
Uważa się, że ktoś, kto nam szkodzi, jest jak nasz dobroczyńca.
Oczyszcza nasze zło. Pozwala nam ćwiczyć cierpliwość. A co więcej,
ten biedak sam działa pod wpływem negatywnych uczuć, a więc on sam
zasiewa sobie na przyszłość przyczyny cierpienia.
Czyli mówiąc inaczej, nie tylko, że robi nam dobrze, to jeszcze
robi nam źle. Ktoś mógłby powiedzieć, że jest to taki rodzaj masochizmu.
Czego się ci buddyści uczą? Że inni mają nam zadawać kłopoty, cierpienia,
a my mamy się z tego powodu cieszyć. Oczywiście, że to nie jest
wszystko takie naiwne, i buddyści są bardzo praktycznymi ludźmi.
Ale chodzi tutaj o pewnego rodzaju wewnętrzne, mentalne nastawienie
wobec jakiejś sytuacji. Praktykowanie cierpliwości nie oznacza,
żeby po prostu pozwalać pomiatać sobą, i nie mieć żadnej godności.
Ale to oznacza, że kiedy już doświadczamy jakichś kłopotów, to oczywiście
staramy się na tą sytuację spojrzeć nie zaślepieni gniewem, nienawiścią,
bo wtedy na pewno nie zbudujemy nic konstruktywnego, i na pewno
nie rozwiążemy tej sytuacji we właściwy sposób. Ognia nie gasi ogień,
tylko woda. Tak samo gniewu nie gasi gniew. Natomiast, jeżeli potrafimy
z klarownym, przejrzystym umysłem, pełnym zrozumienia spojrzeć na
tę sytuację, nie ulegając gniewowi ani nienawiści, wtedy możemy
zadziałać w sposób stosowny do sytuacji. I czasami, może to będzie
powiedzenie temu komuś, ach przepraszam to moja wina.
Czy jakimś żartem, rozładowanie jego agresji. A czasami, może właściwym
działaniem - również uczącym dla niego, również rozwiązującym sytuację
- czasami, może będzie stanowcze powiedzenie: nie! Pewna granica
została przekroczona. Nie można sobie na to pozwalać. Ale od naszego
stanu umysłu zależy, czy będzie to rzeczywiście ślepe działanie
pod wpływem gniewu. I wtedy bardzo nieprawdopodobne żebyśmy postąpili
całkowicie właściwie. Czy też to będzie działanie wypływające z
jasności, zrozumienia, a jednocześnie z pewnej siły, opanowania?
Działanie takie, które po prostu położy jakiś kres gniewowi, położy
kres nienawiści z obu stron. Tak, więc, ten pierwszy rodzaj to jest
opanowanie wobec przeciwstawnych okoliczności. Jego Świątobliwość
Dalajlama w swoich podróżach po świecie, kiedy jest proszony o wygłaszanie
różnych prelekcji i wykładów, w bardzo wielu przypadkach podkreśla
właśnie znaczenie tej cierpliwości. I, tak jak we wszystkich naukach
buddyjskich, podkreśla się konieczność rozpoczęcia ćwiczenia się
w cierpliwości od miejsca, w którym teraz jesteśmy. Nie udajemy
kogoś, kim jesteśmy.
Mamy określone skłonności i możliwości. I na pewno, jeśli ktoś postanawia
ćwiczyć cierpliwość, na pewno zdarzą się sytuacje, które przerosną
jego możliwości. Wpadnie czasami w gniew, czy w irytację, ale to
nie oznacza, że nie nadaje się do ćwiczenia się w cierpliwości.
To znaczy tylko, że sytuacja była zbyt trudna. Ale, możemy się tego
uczyć stopniowo, na przykład w jakiejś chwili, w jakiejś sytuacji,
w której normalnie wpadlibyśmy w gniew, w irytację i odpowiednio
zadziałali. Na przykład, w autobusie ktoś nas szturchnie mocniej
niż powinien, czy nadepnie nam na odcisk, czy w kolejce w aptece
będziemy zniecierpliwieni, bo idzie zbyt wolno -zaczynamy się irytować.
Być może normalnie już byśmy odpowiednio coś powiedzieli, czy wykonali
równie nieprzyjazny gest jak ten ktoś w autobusie. A może wtedy
sobie przypomnimy: nie, nie zaraz...chciałem przecież się ćwiczyć
w cierpliwości. Odczekam dwie trzy sekundy, irytacja minie, i wtedy
zadziałamy z jasnym, klarownym umysłem. To, co wcześniej było dla
nas trudno dostępne, jeśli przećwiczymy to raz, drugi, trzeci, piąty,
stanie się pewnego rodzaju nawykiem. Okaże się, że możliwe jest
opanowanie się w tej sytuacji, i zadziałanie w taki sposób, że jesteśmy
kierowani mądrością, a nie gniewem. Wówczas okaże się, że sytuacje,
które wcześniej były dla nas zbyt trudne i nie dostępne, staną się
w zasięgu naszych możliwości.
I, tak stopniowo, krok po kroku będziemy uczyć się tego rodzaju
opanowania. Jest to coś, czego uczy się bardzo stopniowo, co nie
przychodzi jako taka naturalna, łatwa skłonność. Dla niektórych
jest to łatwe, dla niektórych trzeba wiele pracy, żeby nauczyć się,
choć trochę cierpliwości. Nie mniej mówi się, że ktoś, kto jest
pozbawiony cierpliwości, nigdy nie będzie miał przyjaciół, prawdziwych,
szczerych przyjaciół. Jeśli pod wpływem gniewu będzie ich ciągle
urażać, obrażać, to nawet, jeżeli będzie szczodry, nawet, jeśli
będzie miał etykę - nie będzie wykonywać negatywnych czynów, ale
będzie ciągle gniewny, to nie zdobędzie dobrych relacji z innymi
ludźmi. Dlatego istotny jest również ten pierwszy aspekt cierpliwości,
ćwiczenie się w byciu opanowanym, wtedy, kiedy inni są wobec nas
nie przyjemni. Ja wiem, że to, co pokrótce przedstawiłem jest sprzeczne
z poglądami niektórych psychologów. Istnieją takie trendy w psychologii
zachodniej. Na szczęście nie wszyscy psychologowie tak twierdzą.
I jak wiem, w Ameryce te trendy już mijają (u nas są ciągle na topie),
trendy, które mówią, że jak się gniewasz to musisz to odreagować.
Musisz ten swój gniew wyrazić na zewnątrz. Bo jak będziesz go w
sobie tłumić, no to się nazbiera go tak dużo, że kiedyś wybuchnie.
I uczy się ludzi, że jak się tylko rozgniewasz, to wyjdź do drugiego
pokoju, wyładuj swoją złość na poduszce. Być może to pomaga na dziesięć,
piętnaście minut, na jakiś czas.
Ale niestety z buddyjskiego punktu widzenia mówi się, że na pewno
nie pomaga to pokonać nawykowej skłonności do tego, że jak pojawia
się gniew, to muszę go wyładować w czynach, czy w słowach - wyjść
i wykrzyczeć się. Tak się zdarzy niestety, że pozostaje w nas nawet
utrwalona, wzmocniona ta skłonność. Jest gniew, muszę go wyrazić.
Tak się zdarzy, że któregoś dnia nie będzie pod ręką poduszki, ale
będzie żona albo dziecko sąsiadów. A ja nie potrafię się opanować.
Jest gniew to muszę go wyrazić. No i skutki można sobie wyobrazić.
Oczywiście, że niektórzy twierdzą, że jak będziesz w sobie tłumić
emocje to ich się nazbiera, i one wybuchną. Rzeczywiście, gdyby
działać w taki sposób, że tylko próbujemy tłumić i hamować emocje,
i nie stosować żadnych innych środków, które są częścią całego tego
systemu, być może, że tak by było...
...Rzeczywiście, gdyby działać w taki sposób, że tylko próbujemy
tłumić i hamować emocje, i nie stosować żadnych innych środków,
które są częścią całego tego systemu, być może, że tak by było.
Nie badałem tego na sobie, nie wiem. Natomiast, doświadczenie wielu,
wielu pokoleń tradycji buddyjskiej mówi, że faktycznie skłonność
do wybuchu gniewem można opanowywać. To nie jest teoria. To jest
praktyka wielu pokoleń. Ta praktyka, która stosowana konsekwentnie
daje światu takich ludzi jak na przykład J.Ś. Dalajlama, i wiele
jeszcze innych autorytetów moralnych. A przecież oni zaczynali jako
tak samo normalni ludzie, jak my, tak samo dzieci, które miały swoje
zachcianki takie czy inne. Ale dzięki odpowiedniemu treningowi uzyskują
taką właśnie zdolność po prostu nie ulegania swojemu gniewowi. To
nie znaczy, że są całkowicie pozbawieni wszelkich skłonności, ale
to znaczy, że nie są niewolnikami tych skłonności. Mają wolność
wyboru. Czy pójść teraz za tym uczuciem, czy nie iść?
Innym rodzajem cierpliwości jest cierpliwość wobec trudnych warunków
ze strony nieożywionej materii. Zdarza się, że chcemy iść na spacer,
ubraliśmy się już, długotrwały proces zawiązywania butów, zakładania
czapki itd., przekraczamy próg, a tu zaczyna padać deszcz. Niektórzy
nie potrafią zachować opanowania. Albo zdarza się, że na przykład
coś się robi, robi i na koniec wszystko nam się psuje. Niektórzy
nie potrafią zachować wówczas opanowania, i w gniewie, w złości
będą wtedy po prostu robić dziwne rzeczy, które są nie kontrolowane,
i których mogą potem długo żałować. Jest ten inny aspekt cierpliwości,
to jest cierpliwość wobec różnych, takich trudnych sytuacji, nie
koniecznie od określonych osób. Mówi się również, że w momencie,
kiedy ktoś wstępuje na duchową ścieżkę, postanawia w jakiś sposób
pracować nad sobą, nierozerwalnie taki proces wiąże się również
z dodatkowymi trudnościami. One mogą być różnego rodzaju. Na przykład,
może tak być, że nasi bliscy, krewni będą mówić: no, nie bądź taki
głupi, co ty tak się zachowujesz? Widzisz, wszyscy ulegają swoim
skłonnościom. Chce mu się to idzie, kupi pół litry i wypije, a ty,
co się próbujesz powstrzymywać. Ja nie mówię, żeby coś złego było
w alkoholu - póki jest w kontrolowanych ilościach, może być całkiem
fajny. Natomiast szkoda jest tych głupich rzeczy, które robi się
pod wpływem niekontrolowanego umysłu, jak się przesadza w pewnej
ilości. No, ale mamy pewną tradycję kulturową. Inni mogą mówić:
głupi, co on nie pije, idiota, odmieniec, może się w szkole za dobrze
uczył. Nie wiadomo, jakie są przyczyny. Mogą nas krytykować, mogą
uważać nas za głupców. Będziemy próbowali rozwijać takie czy inne
cechy. Może spotkać się to właśnie z trudnościami, z kłopotami ze
strony innych. Zachowanie wówczas opanowania należy również do tej
drugiej grupy, do bycia cierpliwym wobec przeciwstawnych okoliczności
- nie koniecznie kłopotów płynących ze strony konkretnych ludzi.
I wreszcie, trzeci rodzaj cierpliwości no, to już jest specyficznie
buddyjskie podejście, mówi tutaj się o cierpliwości w odniesieniu
do zrozumienia pustki.
Istnieje w filozofii buddyjskiej takie pojęcie pustka, które odnosi
się do opisu ostatecznej, czy też absolutnej natury zjawisk. Na
ten temat jest mnóstwo nieporozumień na zachodzie, ponieważ ludzie
myśląc, czy też słysząc o pustce, wyobrażają sobie, że to jest całkowicie
nihilistyczny system. Jeśli buddyści mówią, że zjawiska są puste,
to, co znaczy mają na myśli, że tych zjawisk nie ma? To są głupcami.
Bo przecież ten stół jest, dotykam go i czuję. Na szczęście jest
tak, że buddyści nie są aż tak naiwni, żeby mówić, że tego stołu
nie ma. Jeśli mówią o pustce, to mają na myśli dużo głębsze pojęcie.
Na pewno pustka nie oznacza nieistnienia. Na pewno pustka nie oznacza
nihilizmu. Mówi się, że jest wolna od skrajności istnienia i nie
istnienia. Jest wolna od skrajności nihilizmu i eternalizmu, od
wszelkich takich skrajności. Nie mniej na początku dla kogoś zetknięcie
się z taką koncepcją może być trochę przerażające. W ogóle zetknięcie
się z koncepcją ścieżki bodhisattwy może być przerażające. Jak to
mam pracować dla dobra wszystkich istot? Przecież ich jest tak wiele.
Jak ja mam pomagać im wszystkim? A poza tym, czy wszyscy będą mi
wdzięczni za to, że będę im pomagać? Mogą być tego rodzaju myśli,
które sprawiają, że ktoś boi się w ogóle podejścia do tego rodzaju
nauk. I w tym momencie właśnie, nie wpadanie w taką panikę, w irytację,
uważa się za ten trzeci rodzaj cierpliwości. Spokojne, konsekwentne
staranie się zrozumieć, na czym to polega, jak jest idea tego. Co
nazywamy pustką? Co nazywamy ideałem bodhisattwy? To uważa się za
trzeci rodzaj cierpliwości, cierpliwość w odniesieniu do pustki.
Mówi się, że te trzy pierwsze cnoty: dobroczynność, etyczna samodyscyplina
i cierpliwość, na dobrą sprawę są potrzebne każdemu człowiekowi
w tym świecie, każdemu, kto chce być szczęśliwy. Że te trzy cnoty
sprawiają, że ktoś uzyskuje takie cechy, że w tym świecie będzie
mu po prostu dobrze. Dzięki szczodrości, to brzmi jak paradoks,
że dzięki szczodrości ktoś będzie bogaty. Tego rodzaju koncepcja
wypływa oczywiście z tej nauki o odradzaniu się, i o karmie. Mówi
się, że jeżeli ktoś w tym życiu jest bardzo szczodry, to w przyszłym
życiu odrodzi się mając jeszcze więcej, że ze szczodrości płynie
dobrobyt. To znowu jest buddyjska odpowiedź na to, dlaczego jest
tak, że niektórzy w ogóle nie muszą pracować, a bogactwo tak samo
na nich spływa. Urodzą się w dobrej rodzinie. Albo, co wezmą się
za interes to mają dobrą rękę. I tak ciągle, jakoś ciągle mają,
mają, tak wiele rzeczy przepływa przez ich ręce. A inni czasami
bardzo ciężko pracują, bardzo się starają, a ciągle kłody pod nogami.
Zainwestują, wiele pracy, wiele pieniędzy, i tak im się nie udaje.
Próbują, wyjadą za granicę, zarobią, wrócą, od razu ktoś im ukradnie.
Autentycznie znam takie przypadki, kiedy ktoś naprawdę bardzo się
stara, i stara, i stara, i nigdy nic mu nie wychodzi. Znowu buddyjska
odpowiedź na to jest: pytanie o to, jak wiele szczodrości praktykowało
się w poprzednich żywotach?
Ze szczodrości pojawia się dobrobyt. Z etycznej samodyscypliny pojawia
się zdrowe i piękne ciało. Piękne, nie koniecznie w tym sensie,
w takim sensie jak dziewczyny z pierwszych stron gazet o kolekcjach
mody, chociaż również takie piękno płynie z etycznej samodyscypliny,
ale piękno w tym znaczeniu, że ludzie lubią obcować, szanują kogoś
obdarzonego takim ciałem. To nawet widać już na przykładzie ludzi
obdarzonych czystą etyką teraz, w tym życiu, w tym świecie. Tak
jak na przykład Mahatma Ghandi, Jego świątobliwość Dalajlama czy
Ojciec Święty cieszą się takim wielkim szacunkiem całego świata
właśnie ze względu na swoją nienaganną etyczną samodyscyplinę. Gdyby
wykonywali tę samą pracę, którą wykonują, ale byli przy okazji po
prostu szujami w prywatnym życiu, nikt by ich nie szanował. Etyczna
samodyscyplina sprawia, że ma się takie ciało, z którym inni lubią
obcować, szanują nas. I wreszcie, z cierpliwości pojawiają się pozytywne
relacje z innymi, przyjaźnie. A więc, te trzy cechy: zdolność do
dzielenia się z innymi, etyka i cierpliwość ogólnie prowadzą do
szczęścia w tym świecie. Niemniej, jeżeli chce się rozwinąć jakieś
wyższe cechy, wyższe w sensie takich duchowych właściwości, konieczne
jest jeszcze rozwinięcie tego, co najczęściej w tłumaczeniach oddajemy
jako pilność. Chociaż nie jest to zbyt dobre słowo. Myślę, że odpowiednikiem
byłoby: entuzjastyczne wysiłki.
Tę czwartą paramitę - entuzjastyczne wysiłki - definiuje się jako
znajdowanie radości w czynieniu dobra. Czyli to nie oznacza takiej
pilności, że zrobiłem dzisiaj cztery uczynki, i już mi się nie chce.
Tak bym odpoczął, ale czytałem w książkach, że trzeba, więc biorę
bicz i muszę, i jeszcze muszę coś dobrego zrobić. Nie takie przymuszanie
siebie, tylko entuzjastyczne znajdowanie radości: o wspaniale, jeszcze
coś da się zrobić! Jeszcze coś, jest okazja do zrobienia dobrego.
Żeby rozwinąć taką skłonność, taką cechę, oczywiście trzeba nad
tym pracować. To nie jest coś, co pojawia się naturalnie. Rozwija
się to stopniowo, krok po kroku. I w tym kontekście, znowu mówi
się, że zbyt gwałtowne, zbyt emocjonalne rzucenie się w pracę dla
dobra innych, udawanie pilności, kiedy naprawdę się jej wewnątrz
nie rozwinęło, może przynieść wręcz niewłaściwe rezultaty. Ktoś
najpierw bardzo intensywnie poświęci się jakiejś dobroczynnej pracy
po to, żeby po pewnym czasie stwierdzić, a ja właściwie nic z tego
nie mam, i taki jestem zagoniony, i taki zapracowany, lepiej porzucić,
to była głupia idea. Byłby to po prostu przykład nie właściwego
zastosowania pilności. Właściwa pilność to jest uczenie się czegoś
stopniowo, stopniowo, krok po kroku, przyzwyczajanie swojego ciała,
swojej mowy, umysłu, do takiej pracy.
Tutaj wspomniany wcześniej Szantidewa daje przykład, który jest
łatwy do zrozumienia w naszej kulturze, bo wszyscy mamy doskonałe
doświadczenie w oswajaniu dzikich słoni. Wiemy, więc, że jeśli złapiemy
takiego dzikiego słonia, i tymi odpowiednimi kolcami (oni mają takie
poganiacze, specjalne kolce, bo inaczej miękkiego bata przez grubą
skórę słoń by nie czuł) potrafimy przymusić takiego słonia, na przykład
do noszenia kłód drewna. Przeniesie może dwadzieścia, trzydzieści
dziennie, jeśli go dobrze poćwiczymy tym właśnie kolcem. Ale po
kilku dniach taki słoń się po prostu zbuntuje, nie będzie chciał
więcej pracować, i nikt więcej w życiu nie potrafi go przymusić
do pracy. Natomiast mówi się, że umiejętny poganiacz nakłoni słonia
do przeniesienia kłody jednej, dwóch czy trzech dziennie. Słoń nigdy
tego w życiu wcześniej nie robił. Okaże się to dla niego całkiem
interesującą zabawą. Następnego dnia przeniesie pięć, czy siedem
kawałków drewna. Pomyśli, jaka fajna zabawa. Oprócz tego będzie
miał swobodę. Następnego dnia przeniesie dziesięć, dwanaście,, i
tak krok po kroku, ani się nie zorientuje, jak przywyknie do tego,
i potrafi cały dzień ciężko pracować. Podobnie mówi się, że tak
samo trzeba traktować swoje własne skłonności, jak to się mówi,
swoje ego, swoje ciało, mowę, umysł, do wszelkiej takiej pracy przyzwyczajać
się stopniowo, krok po kroku, nigdy nie przesadzić. Dotyczy to zarówno
treningu fizycznego, dotyczy to jakiegoś treningu mentalnego, umysłowego,
na przykład..., na przykład ćwiczeniu się w medytacjach, aby nie
przesadzić na początku, uczyć się wszystkiego stopniowo.
Tak nie wiele dać sobie wysiłku, żeby to było ciągle jeszcze takie
radosne i przyjemne, że będzie się chciało z przyjemnością powrócić
do tego, żeby następny raz znowu trochę poćwiczyć. Jakie to było
fajne. Następnym razem jeszcze chcę poćwiczyć, jeszcze więcej. W
momencie, kiedy przesadzimy z tą dobroczynnością to później, mniej
czy bardziej świadomie, będziemy szukać każdej wymówki, żeby tylko
nie musieć znowu poświęcić się, nie wiem, pomaganiu chorym albo,
albo żeby...żeby nie musieć znowu ćwiczyć medytacji, bo to jest
takie nudne, i żmudne, i tak się siedzi długo, i nic się nie dzieje.
Musimy uczyć się wszystkich tych rodzajów rzeczy stopniowo. Ja daję
akurat przykłady medytacji, ale być może ktoś z Państwa w ogóle
nie ma zamiaru ćwiczyć medytacji, a uczyć się jakichś innych rzeczy
w życiu. Tak czy inaczej warto wiedzieć, że jest to nie zwykle zręczny
sposób działania, dzięki któremu można nauczyć się dużo więcej niż
po prostu przetrenowując się od razu na początku.
Mówi się o trzech rodzajach czy też trzech aspektach pilności.
Pierwsze, to jest pilność podobna do zbroi. Podobna do zbroi, bo
chroni nas przed strzałami lenistwa.
I tutaj trzeba jasno zdefiniować, co rozumiemy pod pojęciem lenistwa.
Mówimy o trzech rodzajach lenistwa.
Pierwsze, to jest tak zwana gnuśność. Nie muszę chyba Państwu objaśniać,
co to oznaczy. Kiedy śpimy do dwunastej po to, żeby wstać, przygotować
sobie śniadanie, po którym tak się zmęczymy, że musimy pójść spać
po to, żeby obudzić się następnego ranka koło dwunastej itd. Gnuśność,
po prostu nic nie robienie. I to w każdym przypadku, możemy powiedzieć,
że jest nie konstruktywne. Nie będę tego bardziej szczegółowo omawiać.
Zaznaczę jedynie tylko to, żeby nie mieć nigdy wyrzutów sumienia,
żeby po jakiejś ciężkiej pracy po prostu odpocząć. Każdy potrzebuje
jakiegoś odpoczynku. Każdy potrzebuje się najeść po to, żeby móc
zrobić jeszcze więcej dobrego. A więc, nie należy przesadzać z taką...,
z zaciskaniem pasa. Jest normalne, że potrzebny jest urlop, potrzebny
jest odpoczynek. Natomiast, no chyba każdy rozumie różnicę między
odpoczynkiem, a gnuśnością.
Drugi rodzaj lenistwa najlepiej można by przetłumaczyć jako pracowite
lenistwo, zapracowane lenistwo (po angielsku to fajnie brzmi: busy
laziness). To oznacza, że ciągle i ciągle znajdujemy mnóstwo, mnóstwo
drobnych, mało ważnych rzeczy do zrobienia. Ale ciągle, ciągle jesteśmy
czymś zajęci po to, po to, żeby po prostu nie mieć czasu na te ważniejsze
sprawy. Nie wiem jak Państwu, ale mnie się zdarza czasami kłaść
wieczorem, przykładać głowę do poduszki, i myśleć: cały dzień zszedł
mi na takich drobiazgach. A właściwie nie zrobiłem niczego tak naprawdę
ważnego w tym życiu. W tym kontekście aż ciśnie się na usta taka
historyjka o kamieniach. Nie wiem czy zetknęliście się Państwo.
Ostatnio krążyło, ostatnio... rok temu, krążyło po Internecie e-mailami
taka właśnie opowiastka, która doskonale oddaje właśnie to pracowite
lenistwo. Widzę po twarzach... nie wszyscy mówią tak słyszeliśmy,
więc opowiem. To jest nie buddyjska historia, ale obrazuje tę buddyjską
naukę. Ja ją otrzymałem w tej wersji, że to jakiś profesor w Ameryce
miał wygłosić wykład na temat organizacji wolnego czasu, na jakimś
kursie dla biznesmenów. Ale w tym kursie intensywnym miał na to
tylko jedną godzinę lekcyjną. Wyobrażacie sobie Państwo, taki olbrzymi
temat o organizacji czasu przedstawić w czasie jednej lekcji. Bardzo
trudne zadanie. Więc wymyślił lekcję przykładową.
Przyniósł taką wazę, postawił, pokazał wszystkim i zapytał, czy
ta waza jest pełna czy pusta? Wszyscy odpowiedzieli, oczywiście
pusta. W związku, z czym wyjął reklamówkę, w której miał kamienie,
powkładał kamieni tak, że waza była pełna po czubek, spytał, no,
a teraz ta waza jest pełna czy pusta? Oczywiście, że pełna. Wyjął
drugą reklamówkę, w której było dużo drobnych kamyczków, i okazało
się, że mógł jeszcze, w wolnych przestrzeniach pomiędzy tymi dużymi
kamieniami, zmieścić całkiem dużo tego żwiru. A, czy teraz ta waza
jest pełna czy pusta, zapytał? Nie, no już teraz jest pełna. Wyjął
drobny piasek i okazało się, że jeszcze dało się go tam umieścić
całkiem dużo. No, a teraz ta waza jest pełna czy pusta? No, tu już
konsternacja. Nie wiadomo, jakie jeszcze " kruczki" szykuje. No,
był jeszcze jeden krok. Okazało się, że w tym piasku zmieściło się
jeszcze całkiem dużo wody. No, i żeby zakończyć lekcję spytał, no
proszę Państwa, jakie teraz wnioski wyciągają Państwo z tej prezentacji?
Więc ktoś tam nie śmiało się odezwał, no, że jakkolwiek by nie napełnić
swój kalendarz, i tak znajdzie się jeszcze czas na dołożenie czegoś.
Zawsze coś jeszcze da się dołożyć. Na to ten profesor odpowiedział,
nie - nie to miała obrazować ta historia. Miała obrazować to, że
gdybym na początku wsypał piasek, nie starczyłoby miejsca na kamienie,
na te duże kamienie.
Dokładnie tak samo każdy powinien przemyśleć swoje życie i zastanowić
się, co w jego życiu jest naprawdę najważniejsze? I naprawdę, na
te istotne rzeczy, które będą decydować o prawdziwym kierunku naszego
życia, z perspektywy czasu, które okażą się bardzo ważne, na te
rzeczy musi się na pewno znaleźć miejsce. A, okaże się, że pomiędzy
tymi ważnymi rzeczami i tak znajdzie się jeszcze dosyć czasu na
wszystkie te drobiazgi. Natomiast, jeśli rozproszymy się na mnóstwo
mało ważnych rzeczy, to nagle któregoś dnia stwierdzimy, że nie
mamy już w tym życiu zbyt wiele czasu, i właściwie nie zrobiliśmy
nic ważnego. Spędziliśmy tylko czas na mnóstwie drobnostek, na mnóstwie
nie ważnych rzeczy. To byłby przykład takiego właśnie pracowitego
lenistwa, kiedy nie zostaje nam czasu, bo ciągle, i ciągle wykonujemy,
spełniamy różne, małostkowe cele.
A więc, prawdziwa pilność, radość w czynieniu dobra jest również
zbroją, która chroni przed takim właśnie pracowitym lenistwem.
I wreszcie trzecie lenistwo polega na przywiązaniu do negatywnych
działań. I z powodu tego przywiązania poświęcamy czas tym negatywnym
działaniom, i nie znajdujemy czasu na to, co szlachetne, na to,
co konstruktywne, pozytywne. Nie będę wymieniać tutaj listy negatywnych
działań, bo na pewno jest ona długa, ale to mogą być takie, na przykład
takie, na przykład postępowania, które bezpośrednio zadają cierpienie,
czy ból innym. Na przykład, znajdowanie przyjemności w polowaniu,
w zabijaniu zwierząt, kiedy wcale nie jest to życiową koniecznością.
I, możemy spędzać cały swój wolny czas tylko na zabijaniu zwierząt,
a nie znajdziemy czasu na żadne szlachetne działania, na przykład.
Przykładów można jeszcze mnożyć wiele. Więc pierwszy rodzaj pilności,
to jest właśnie ta postawa, która chroni nas przed wszystkimi rodzajami,
zarówno gnuśności, pracowitego lenistwa jak i przywiązania do negatywnych
działań. Tutaj lenistwo jest oczywiście rozumiane, jak widać z tego,
co wyjaśniłem, jest rozumiane znacznie szerzej niż w takim sensie.
U nas lenistwo to przede wszystkim gnuśność. Tutaj lenistwo jest
definiowane jako to, co jest przeciwstawne pilności. Jest przeciwstawne
entuzjastycznym wysiłkom w celu budowania czegoś szlachetnego, dobrego,
pozytywnego.
Drugi rodzaj pilności to jest pilność, która nigdy nie zawraca.
Oznacza ona taką ogólną postawę życiową, że kiedy postanawiamy wykonać
coś istotnego, to potrafimy doprowadzić to aż do spełnienia, aż
do końca. Nie cofamy się w połowie. Niektórzy mogą mieć takie skłonności,
że zaczynają sto pięćdziesiąt rzeczy, a żadnej nigdy nie doprowadzają
do końca. I, wtedy naprawdę nigdy nie będzie się w stanie zbudować
żadnych pozytywnych, konstruktywnych cech. Natomiast powinno się
nauczyć stopniowo, rozpocząć jedną rzecz, doprowadzić ją do spełnienia.
Skończy się to, pojawiają się możliwości czasowe, finansowe, jakiekolwiek
inne, żeby rozpocząć następną rzecz, doprowadzić do spełnienia.
Oczywiście, czasami ktoś ma dosyć zdolności i czasu, i możliwości,
żeby prowadzić dwie, trzy, pięć rzeczy. Wtedy może prowadzić pięć
rzeczy. Ale jeśli ma umiejętności na pięć rzeczy, a próbuje piętnastu,
to przynajmniej w dziesięciu rozwinie tę skłonność, a pewnie i wszystkie
piętnaście wtedy zawali. I będzie rozwijać tę skłonność, że podejmuje
się czegoś - nie potrafi doprowadzić do końca, podejmuje się - nie
prowadzi do końca. Ta cecha będzie odnosić się zarówno do różnych
światowych działań jak, i do działań podejmowanych na duchowej ścieżce.
To nie jest tak, że da się podzielić swoją osobowość, i na przykład
wobec rodziny, wobec pracodawcy, będzie się po prostu nieobowiązkowym,
ale jak przyjdzie do duchowej praktyki, na przykład do medytacji,
to będę taki akuratny, i wszystko będzie właśnie szło tak, jak należy.
To "se ne" da, niestety. Jeżeli ktoś ma takie cechy, to ma je całkowicie
do wszystkiego, co robi. Dlatego mówi się, że wskazane jest, - jeżeli
chcemy ćwiczyć się w takim właśnie postępowaniu - wskazane jest
zastanowić się, jakich to podjęliśmy się już zobowiązań. Jeżeli
któreś przerasta nasze możliwości, dobrze jest uczciwie powiedzieć,
przepraszam, no podjąłem się tego panie szefie, ale widzę, to przerasta
moje możliwości, proszę o pomoc, bo nie potrafię sobie poradzić.
Będzie to znacznie bardziej fer wobec innych, i konstruktywne wobec
nas samych, niż udawanie, że się potrafi zrobić, i próbowanie rozmydlić
sytuację jakoś tak, żeby kiedyś wyszło, że niby zrobiliśmy, ale
nie zrobiliśmy, a może zapomną. Jeżeli zaś jesteśmy w stanie podjąć
się, to najlepiej jest spełniać te wszystkie postanowienia w takiej
kolejności, w jakiej się ich podejmowało. Dokończy się jednej nauki,
jednych studiów, można rozpocząć drugie, potem trzecie, czwarty,
piąty fakultet...Być może ktoś potrafi robić dwa na raz, a nie potrafi
czterech, więc wtedy musi wybrać, z których dwóch zrezygnować. To
jest ta pilność, która nigdy nie zawraca, zdolność do spełniania
wszystkich swoich postanowień, doprowadzania ich do końca.
I wreszcie trzeci aspekt pilności, to jest tak zwana nie nasycona
pilność.
To znaczy nigdy nie myślenie: aha, wykonałem już dostatecznie wiele
dobrych rzeczy w tym życiu, teraz już nic więcej nie potrzebuję.
Nienasycona pilność oznacza, że nigdy nie ma się dosyć zrobienia
czegoś dobrego. W rzeczywistości tych, których uważamy za wielkich
tego świata, za takich wielkich, duchowych przywódców - bo wiadomo
mówimy z perspektywy nauki buddyjskiej, z perspektywy religii, jakiejś
nauki moralnej - tych, których uważamy za wielkich, zdarzyło mi
się na szczęście kilku wielkich w tym życiu widzieć, i wiem z doświadczenia,
z obserwowania ich, że ich wielkość polega na tym, że potrafią nie
przeoczyć najmniejszej okazji do zrobienia czegoś dobrego. To nie
jest tak, że możemy sobie wmówić, ja to już jestem gość i na drobne
sprawy to niech sobie pozwalają moi służący, niech sobie pozwalają
inni, ja się zajmę tylko wielkimi sprawami. Ich wielkość polega
na tym, że na co dzień, w każdym drobiazgu potrafią być po prostu
uczynni. Czasem, jak się wchodzi na osobistą audiencję u Jego Świątobliwości
Dalajlamy, to można się poczuć zażenowanym, bo wchodzi ktoś całkowicie
normalny, zwyczajny człowiek, a Jego Świątobliwość - zamiast z wysokości
popatrzeć na nas łaskawie - rzuci się, żeby uchylić nam drzwi, żeby
podstawić nam krzesełko, żebyśmy usiedli. Zachowuje się niemalże
jak służący, i na tym polega wielkość. Również na tym, że jak gdzieś
po drodze zobaczy na przykład jakieś cierpiące zwierzątko, to również
sam się odruchowo natychmiast rzuci, żeby mu pomóc, a nie wydawać
rozkazy, i wysługiwać się innymi, żeby pomogli. Jest to przykład
takiej właśnie pilności, która jest nigdy nie nasycona ilością dobra,
które się wykonało. Ogólnie mówi się, że bez rozwinięcia pilności,
tego entuzjazmu nie będzie w stanie rozwinąć się żadnej z duchowych
właściwości. Będzie się tak pomalutku, pomalutku próbować różnych
rzeczy, ale nie osiągnie się prawdziwych efektów bez pilności.
Nie mniej nawet, jeśli ktoś rozwinął szczodrość, jeśli pracował
nad etyczną samodyscypliną, rozwijał cierpliwość i pilność, to i
tak ciągle istnieje niebezpieczeństwo, graniczące z pewnością, że
wcześniej czy później dostanie się pod wpływ różnych emocji, które
sprawią, że wiele tego dobra, które wcześniej budował zostanie zniszczone,
już to pod wpływem dumy, pod wpływem zazdrości, pod wpływem gniewu,
pod wpływem pragnienia czegoś. W związku z tym uważa się, że żeby
dojść do perfekcji we wszystkich tych działaniach absolutnie konieczna
jest medytacja.
W tym kontekście medytacja jest definiowana w następujący sposób:
jest to pełen cnót umysł, który spoczywa sam w sobie.
Wszystkie części tej definicji są istotne. Umysł spoczywa sam w
sobie - jest to dosłowne tłumaczenie. W tym momencie chodzi głównie
o zdolność nie rozproszenia. Normalnie nasze umysły, nasza świadomość
jest jak małpa. Przepraszam, może was urażam, moja świadomość jest
taka. Nie wiem czy obserwowaliście państwo kiedyś małpy na wolności,
jak skaczą bez ładu i składu w różne strony po drzewie, to tu, to
tam, i nigdy nie mogą posiedzieć dłużej w jednym miejscu. Podobnie
jest z moim umysłem. Co chwilę: a to tu spojrzy, a to tam spojrzy,
a to pomyślę o tym, a posłyszę coś, to pomyślę o tamtym. Normalnie
jesteśmy rozproszeni. Ciągle jesteśmy podekscytowani różnymi wrażeniami
zmysłów: wzroku, dźwięku, słuchu, zmysłu zapachu, zmysłu węchu itd.
Medytacja oznacza, że umysł jest zdolny do pozostawania bez rozproszenia,
przez dłuższy czas skupiony na jednym obiekcie. Ale po to, żeby
to była medytacja tak, jak ją rozumiemy tutaj, na ścieżce bodhisattwy,
to było powiedziane: pełen prawości umysł, pełen cnót umysł. A więc
umysł, który ma pewne szlachetne nastawienie. Bez wątpienia rozwijają
również zdolność jednoupunktowionej koncentracji, rozmaici ludzie,
nie tylko ci, którzy praktykują ścieżkę buddyjską, czy jakieś inne
ścieżki wielkich religii.
Tak jak mówiłem, w takiej medytacji, zdolności nie rozproszenia,
ćwiczy się również szpiegów, ćwiczy się również sportowców. W takiej
zdolności ćwiczą się, na przykład szamani różnych religii, gdzie
uczą się jak całą swoją osobowością skupić się tylko na tym pragnieniu
zaszkodzenia komuś, żeby tak sczezł! Wiemy jak to jest z naszymi
umysłami, które czasami, wydaje nam się, że czegoś chcemy, wydaje
nam się, że czegoś pragniemy. Ale tak, na innym poziomie, to właściwie
obawiamy się, a co by było, jakby się to naprawdę spełniło. Może
to wcale nie jest takie dobre. A na jeszcze innym poziomie: a może
by tak spróbować. Bywa tak, że mamy takie wewnętrzne sprzeczności.
To jest też przykład braku jednoupunktowienia. Jeśli ktoś potrafi
całą swoją świadomość, wszystkie jej poziomy, całkowicie skupić
na jednym obiekcie, mówi się, że płynie z tego bardzo, bardzo duża
moc. Moc, można ją interpretować na różnych poziomach. Może to oznaczać
bardzo silną osobowość, może to oznaczać charyzmę, która nie koniecznie
oznacza wielkie duchowe właściwości. Bądź, co bądź Hitler też miał
wielką charyzmę, też miliony szły za nimi. Nie tylko za Hitlerem,
za innymi takimi przywódcami też.
Charyzma nie koniecznie oznacza też duchowe właściwości, ale oznacza
taką cechę, która daje zdolność takiego skupienia się na jednym
celu, dążeniu do jednego celu, że ta moc umysłu po prostu porywa
również innych. Ale z całą pewnością nie jest to ten rodzaj medytacji,
nie ten rodzaj jednoupunktowienia, o którym mówimy na ścieżce bodhisattwy.
A więc, jest to pełen cnót umysł, który jest zdolny pozostawać bez
rozproszenia. Takie jest znaczenie medytacji na tym etapie. Idea
takiej medytacji polega więc na tym, żeby nie ulegać rozproszeniu.
Więc trzeba się w tym stopniowo ćwiczyć, tak samo jak można ćwiczyć
ciało. W naszej kulturze jakoś to wszystkich przekonuje, bo mamy
wiele doświadczeń w tym, że jak się ćwiczy ciało, to po dwóch, po
trzech latach przyrastają mięśnie, a jak się nie ćwiczy, to po dwóch,
trzech latach przyrasta mięsień piwny. Nie mniej bardzo często w
naszej kulturze mamy takie nastawienie, co do umysłu: taki już jestem,
czy taka już jestem, i musisz mnie takiego, czy taką zaakceptować.
Przecież się nie zmienię. A tymczasem w kulturach wschodu wcale
nie ma takiego nastawienia. Dla każdego jest oczywiste: taki jestem,
to znaczy mam takie skłonności, takie nawyki. Mogę przecież z tym
pracować. Mogę się stopniowo zmieniać.
Ale też jest oczywiste tak, jak oczywiste jest w przypadku ćwiczenia
ciała, że jak dziś poruszam hantlami, to dziś jeszcze mi mięśnie
nie przyrosną. Dopiero po regularnym ćwiczeniu, za jakiś czas przyrosną.
Tak samo jest z medytacją. Jak dziś zacznę medytować to nie znaczy,
że dzisiaj mój umysł stanie się czymś zupełnie innym niż jest? Ale
jeśli będę to konsekwentnie kontynuować przez pewien czas, a to
wtedy mogę wyrobić sobie pewne skłonności. Mogę wypracować pewne
pozytywne nawyk. Mogę odpracować negatywne nawyki, w jakiś sposób
je wykorzenić, uspokoić. Idea takiej medytacji początkowo jest bardzo
prosta. Wybieramy jeden obiekt, na którym będziemy się skupiać.
I po prostu, jeśli pojawiają się jakieś inne myśli, jakieś inne
wyobrażenia, myśli o przyszłości, o przeszłości, staramy się nie
podążać za nimi, jak również nie walczyć z nimi. Jeżeli próbujemy
z nimi walczyć: nie chcę tak myśleć, nie myśl tak, nie myśl tak,
to już o tym myślimy, już wzmacniamy to myślenie!
Natomiast, jeżeli zamiast tego powracamy do obiektu medytacji, to
inne myślenie po prostu osłabnie, osłabnie, osłabnie... Cytowany
już kilka razy przeze mnie Szantidewa w tym "Przewodniku na ścieżce
bodhisattwy" używa takiego porównania, że myśli są jak tygrys. Jeśli
będziemy je karmić, a tym pokarmem jest nasza uważność, nasza uwaga,
którą im przywiązujemy, ciągle zawracanie sobie głowy tymi myślami
to wtedy, jak będziemy karmić tygrysa, to on będzie ciągle silniejszy,
grubszy. Będzie wracać w to samo miejsce, bo tu dają dobrze jeść.
Natomiast, jeżeli nie będziemy go karmić, no to on zobaczy, że nie
ma tutaj nic do znalezienia, i pójdzie sobie gdzieś indziej. Sam
Szantidewa wyjaśnia, że to porównanie nie jest doskonałe. Bo tygrys
jak pójdzie gdzieś indziej, to może komuś zaszkodzić. Natomiast
nasze myśli nie są jakaś rzeczą, która pójdzie gdzieś, i może komuś
szkodzić. Jak nie będziemy ich powstrzymywać to po prostu zanikną
- jakieś skłonności. Cała psychologia buddyjska, psychofilozofia,
czy jakkolwiek wolicie Państwo to nazwać, cała zbudowana jest dokładnie
na tej podstawowej idei, że nasza świadomość funkcjonuje poprzez
szereg nawykowych skłonności. I, jest to kwestia pracy z tymi nawykowymi
skłonnościami. Wszystkie części tej definicji są istotne. Umysł
spoczywa sam w sobie - jest to dosłowne tłumaczenie. W tym momencie
chodzi głównie o zdolność nie rozproszenia. Normalnie nasze umysły,
nasza świadomość jest jak małpa. Przepraszam, może was urażam, moja
świadomość jest taka.
Nie wiem czy obserwowaliście państwo kiedyś małpy na wolności, jak
skaczą bez ładu i składu w różne strony po drzewie, to tu, to tam,
i nigdy nie mogą posiedzieć dłużej w jednym miejscu. Podobnie jest
z moim umysłem. Co chwilę: a to tu spojrzy, a to tam spojrzy, a
to pomyślę o tym, a posłyszę coś, to pomyślę o tamtym. Normalnie
jesteśmy rozproszeni. Ciągle jesteśmy podekscytowani różnymi wrażeniami
zmysłów: wzroku, dźwięku, słuchu, zmysłu zapachu, zmysłu węchu itd.
Medytacja oznacza, że umysł jest zdolny do pozostawania bez rozproszenia,
przez dłuższy czas skupiony na jednym obiekcie. Ale po to, żeby
to była medytacja tak, jak ją rozumiemy tutaj, na ścieżce bodhisattwy,
to było powiedziane: pełen prawości umysł, pełen cnót umysł. A więc
umysł, który ma pewne szlachetne nastawienie. Bez wątpienia rozwijają
również zdolność jednoupunktowionej koncentracji, rozmaici ludzie,
nie tylko ci, którzy praktykują ścieżkę buddyjską, czy jakieś inne
ścieżki wielkich religii. Tak jak mówiłem, w takiej medytacji, zdolności
nie rozproszenia, ćwiczy się również szpiegów, ćwiczy się również
sportowców. W takiej zdolności ćwiczą się, na przykład szamani różnych
religii, gdzie uczą się jak całą swoją osobowością skupić się tylko
na tym pragnieniu zaszkodzenia komuś, żeby tak sczezł! Wiemy jak
to jest z naszymi umysłami, które czasami, wydaje nam się, że czegoś
chcemy, wydaje nam się, że czegoś pragniemy. Ale tak, na innym poziomie,
to właściwie obawiamy się, a co by było, jakby się to naprawdę spełniło.
Może to wcale nie jest takie dobre. A na jeszcze innym poziomie:
a może by tak spróbować. Bywa tak, że mamy takie wewnętrzne sprzeczności.
To jest też przykład braku jednoupunktowienia. Jeśli ktoś potrafi
całą swoją świadomość, wszystkie jej poziomy, całkowicie skupić
na jednym obiekcie, mówi się, że płynie z tego bardzo, bardzo duża
moc. Moc, można ją interpretować na różnych poziomach. Może to oznaczać
bardzo silną osobowość, może to oznaczać charyzmę, która nie koniecznie
oznacza wielkie duchowe właściwości. Bądź, co bądź Hitler też miał
wielką charyzmę, też miliony szły za nimi. Nie tylko za Hitlerem,
za innymi takimi przywódcami też. Charyzma nie koniecznie oznacza
też duchowe właściwości, ale oznacza taką cechę, która daje zdolność
takiego skupienia się na jednym celu, dążeniu do jednego celu, że
ta moc umysłu po prostu porywa również innych. Ale z całą pewnością
nie jest to ten rodzaj medytacji, nie ten rodzaj jednoupunktowienia,
o którym mówimy na ścieżce bodhisattwy. A więc, jest to pełen cnót
umysł, który jest zdolny pozostawać bez rozproszenia. Takie jest
znaczenie medytacji na tym etapie. Idea takiej medytacji polega
więc na tym, żeby nie ulegać rozproszeniu. Więc trzeba się w tym
stopniowo ćwiczyć, tak samo jak można ćwiczyć ciało. W naszej kulturze
jakoś to wszystkich przekonuje, bo mamy wiele doświadczeń w tym,
że jak się ćwiczy ciało, to po dwóch, po trzech latach przyrastają
mięśnie, a jak się nie ćwiczy, to po dwóch, trzech latach przyrasta
mięsień piwny. Nie mniej bardzo często w naszej kulturze mamy takie
nastawienie, co do umysłu: taki już jestem, czy taka już jestem,
i musisz mnie takiego, czy taką zaakceptować. Przecież się nie zmienię.
A tymczasem w kulturach wschodu wcale nie ma takiego nastawienia.
Dla każdego jest oczywiste: taki jestem, to znaczy mam takie skłonności,
takie nawyki. Mogę przecież z tym pracować. Mogę się stopniowo zmieniać.
Ale też jest oczywiste tak, jak oczywiste jest w przypadku ćwiczenia
ciała, że jak dziś poruszam hantlami, to dziś jeszcze mi mięśnie
nie przyrosną. Dopiero po regularnym ćwiczeniu, za jakiś czas przyrosną.
Tak samo jest z medytacją. Jak dziś zacznę medytować to nie znaczy,
że dzisiaj mój umysł stanie się czymś zupełnie innym niż jest? Ale
jeśli będę to konsekwentnie kontynuować przez pewien czas, a to
wtedy mogę wyrobić sobie pewne skłonności. Mogę wypracować pewne
pozytywne nawyk. Mogę odpracować negatywne nawyki, w jakiś sposób
je wykorzenić, uspokoić. Idea takiej medytacji początkowo jest bardzo
prosta. Wybieramy jeden obiekt, na którym będziemy się skupiać.
I po prostu, jeśli pojawiają się jakieś inne myśli, jakieś inne
wyobrażenia, myśli o przyszłości, o przeszłości, staramy się nie
podążać za nimi, jak również nie walczyć z nimi. Jeżeli próbujemy
z nimi walczyć: nie chcę tak myśleć, nie myśl tak, nie myśl tak,
to już o tym myślimy, już wzmacniamy to myślenie! Natomiast, jeżeli
zamiast tego powracamy do obiektu medytacji, to inne myślenie po
prostu osłabnie, osłabnie, osłabnie...
Cytowany już kilka razy przeze mnie Szantidewa w tym "Przewodniku
na ścieżce bodhisattwy" używa takiego porównania, że myśli są jak
tygrys. Jeśli będziemy je karmić, a tym pokarmem jest nasza uważność,
nasza uwaga, którą im przywiązujemy, ciągle zawracanie sobie głowy
tymi myślami to wtedy, jak będziemy karmić tygrysa, to on będzie
ciągle silniejszy, grubszy. Będzie wracać w to samo miejsce, bo
tu dają dobrze jeść. Natomiast, jeżeli nie będziemy go karmić, no
to on zobaczy, że nie ma tutaj nic do znalezienia, i pójdzie sobie
gdzieś indziej. Sam Szantidewa wyjaśnia, że to porównanie nie jest
doskonałe. Bo tygrys jak pójdzie gdzieś indziej, to może komuś zaszkodzić.
Natomiast nasze myśli nie są jakaś rzeczą, która pójdzie gdzieś,
i może komuś szkodzić. Jak nie będziemy ich powstrzymywać to po
prostu zanikną - jakieś skłonności. Cała psychologia buddyjska,
psychofilozofia, czy jakkolwiek wolicie Państwo to nazwać, cała
zbudowana jest dokładnie na tej podstawowej idei, że nasza świadomość
funkcjonuje poprzez szereg nawykowych skłonności. I, jest to kwestia
pracy z tymi nawykowymi skłonnościami. To nie jest coś takiego,
że w naszej osobowości pewne cechy są utrwalone raz na zawsze. Jeśli
je podtrzymujemy, utrwalamy to one są, wzmacniają się. Jeśli ich
nie podtrzymujemy, nie zajmujemy, w ogóle nie dajemy im okazji przejawiać
się, podtrzymywać, wzmacniać, to one po prostu odpadają, osłabiają
się, zanikają. I co więcej, one nie są taką rzeczą, która gdzieś
tam będzie się gromadzić, i za jakiś czas będzie tak dużo, że się
nie pomieści, i musi być za dużo, musi wybuchnąć, na przykład gdzieś
odkładany gniew.
Jak go nie podtrzymujemy to on staje się coraz słabszy, słabszy,
słabszy. Stopniowo będzie zanikać - skłonność do gniewu. Gniew nie
jest rzeczą, nie jest przedmiotem, tylko jest pewną skłonnością
do reagowania w ten, czy w inny sposób. I istota medytacji, tej
uspokajającej medytacji, o której mówię, polega właśnie na tym,
żeby nie powstrzymywać tych innych myśli, nie walczyć z nimi, ale
również nie podążać. Mam na przykład za obiekt medytacji ten kubek.
Mam skupić się tylko na kubku, po czym pojawia się we mnie myśl:,
ale ostatnio, kiedy piłem z tego kubka moja ukochana była przy mnie,
o jak to dobrze byłoby być z nią. W tym momencie zaczynamy następną,
i następną myśl. W medytacji powiemy: to jest rozproszenie. Nie
ma sensu, ja nie mówię, że nie ma sensu myślenie o ukochanej osobie,
ale akurat w medytacji to nie jest ten właściwy czas, w którym powinniśmy
to robić. Podobnie mogą się pojawić inne skojarzenia. Nie podtrzymujemy
tych myśli, nie nabudowujemy na nich nowego myślenia, nie walczymy
z tym, zostawiamy. Zamiast tego skupiamy się tylko na kubku. Oczywiście
kubek jest takim sobie przykładem. Istnieje cała olbrzymia wiedza
mówiąca o tym, jakie istnieją różne obiekty medytacji, na czym można
się skupiać, żeby to było sensowne i konstruktywne. Więc jest taka
obiektologia stosowana, jeśli wolicie tak to Państwo nazwać, o tym,
jakie są obiekty, jakie przynoszą rezultaty. Medytacje na tym, czy
na innym obiekcie. Ale sens tego będzie zawsze ten sam: uczymy się
po prostu nie ulegać "myślawce", która się w nas pojawia, Zamiast
tego umieć skupić się, i przez dłuższy czas pozostawić myśli w koncentracji
na jednym obiekcie.
Wreszcie, pojawia się kolejny element, szósty - zrozumienie. Otóż,
najwyższe zrozumienie (tak się to dosłownie tłumaczy z tybetańskiego)
uważa się, że jest punktem kulminacyjnym całego tego procesu, wszystkich
tych cnót, i całej praktyki. Bez właściwego zrozumienia wszystkie
te inne paramity, wszystkie te inne wyzwalające czyny, tradycyjnie
porównuje się do pięciu ślepych wędrowców, którzy zaginęli gdzieś
na pustkowiu, i nie potrafią znaleźć drogi do miasta wyzwolenia.
Bez mądrości, choć by się nie wiem jak najlepsze czyny wykonywało,
to i tak się zbłądzi. Nie trafi się do właściwego celu. Dopiero
mądrość jest tym co potrafi doprowadzić we właściwym kierunku. Z
drugiej strony sama tylko mądrość, nie poparta właściwymi czynami,
nie poparta rozwijaniem właściwych cech, też stanie się bezużyteczna.
Pomijając fakt, że sama tylko mądrość potrafi być po prostu okrutna,
jeżeli nie jest poparta odpowiednim nastawieniem, tym na przynoszenie
pożytku innym, i nie jest poparta odpowiednimi czynami. I tutaj,
co do mądrości, istnieje bardzo ciekawa zależność, przed samego
Buddę Śakjamuniego podkreślana w Sutrze Doskonałej Mądrości. Otóż
mówi on, że tak jak z małej ilości suchego drewna nie uzyskamy wielkiego
ognia, tak bez nagromadzenia wielkiej ilości pozytywnych skłonności,
zwanych też tradycyjnie zasługami, tego wszystkiego, co wynika z
poprzednich pięciu paramit, bez nagromadzenia wielkiej ilości tych
prawych, szlachetnych czynów, nie rozwinie się w kimś wielka mądrość.
Natomiast, jeśli ktoś nagromadzi wiele zasług, wiele prawych, szlachetnych
skłonności - cnót, wówczas tak, jak od maleńkiej iskry rozpala się
wielki ogień, jeśli podpali się odpowiednio duży stóg siana, tak
samo w kimś, kto nagromadził wiele dobra, z łatwością rozwinie się
głębokie zrozumienie.
Jeśli chodzi o to zrozumienie, mówi się znowu zwykle o trzech rodzajach,
o trzech aspektach ( ja świadomie pominąłem trzy rodzaje medytacji,
ponieważ było by troszeczkę zbyt długie w dzisiejszym dniu). Mianowicie
mówi się, że mądrość pochodzi ze studiowania, czyli po prostu z
czytania, słuchania, dalej z analizowania. A więc, nie mówi się
tylko o tym, żeby mądrość była czymś, co... regułkami, które wkujemy
na pamięć bez zrozumienia. Jest proces analizowania, zastanawiania
się, dlaczego Budda nauczał o sześciu paramitach na przykład? A
nie na przykład tylko o trzech. Dlaczego w takiej kolejności, a
nie w innej? Myślenie, stawianie pytań - to wszystko należy do procesu
refleksji. I, kiedy już zrozumiemy, pojawia się taka jasna pewność,
przekonanie, że to ma sens. Właśnie to się trzyma kupy. Właśnie
tak jest sensowne to praktykować. W ten, a nie inny sposób. To jest
drugi proces: studiowanie, przemyśliwanie.
I wreszcie, kiedy wprowadza się to, czego się nauczyło, wprowadza
się w działanie, wówczas pojawia się osobiste doświadczenie. To
osobiste doświadczenie uważa się za najważniejszy rodzaj mądrości.
Mógłbym to porównać do jakichś takich światowych działań. Na przykład
ktoś naczyta się o tym, jak robić pierogi. Z całą pewnością, jeżeli
nie przećwiczy tego dostatecznie wiele razy, to i tak, jak zrobi
pierwszy raz w życiu pierogi, albo mu ciasto wyjdzie za twarde,
albo za miękkie, albo się nie będzie chciało kleić, albo z kolei
w gotowaniu przemieni się wszystko w kisiel. Jeśli ktoś nie ma osobistego
doświadczenia, nie jest naprawdę mistrzem robienia pierogów. Oczywiście,
że też mógłby się uczyć tego samemu, próbować na własnych doświadczeniach,
ale znacznie lepiej nauczyć się od babci. I dlatego mamy mądrość
studiowania, mądrość przemyśliwania, ale to, co jest naprawdę cennym
rodzajem mądrości, to jest mądrość płynąca z własnego doświadczenia.
I, to samo dotyczy wszystkich tych nauk, o których dzisiaj mówiłem.
Być może dla niektórych z państwa brzmiało to zupełnie nie logicznie,
i tylko przez grzeczność nie wyszliście. Być może część z tego brzmiało
logiczni. Być może myśleliście, że część z tego warto by zastosować
w swoim życiu. Ale faktycznie dopiero, kiedy się to zastosuje, dopiero
powstanie z tego mądrość osobistego doświadczenia, i powstanie jakiś
pożytek. Inaczej, to jedna z takich ciekawych teorii, o których
się słyszało. A bo to mało ciekawych teorii w tym świecie.
Tak, więc wszystkie te sześć paramit zawierają jakby całą naukę
o tym, co praktykuje się na ścieżce bodhisattwy. I jeżeli zrozumie
się znaczenie tych sześciu paramit, to rozumie się po prostu, na
czym polega postępowanie takich osób, które, już dawałem przykład
Jego Świątobliwości Dalajlamy, czy nie tylko, również osób z innych
religii, które nawet, jeśli nie stosują nauk dzielących te działania
na sześć, to z całą pewnością stosują tego rodzaju działania. Może
nieco inne teorie to wyjaśniają, ale na pewno mają i szczodrość,
dobroczynność, i etyczną samodyscyplinę, i cierpliwość. I mają entuzjazm
w praktykowaniu dobra, i mają pewien rodzaj opanowania. Może nie
jest to formalna medytacja z siedzeniem po turecku, ale jest to
zdolność utrzymywania jednoupunktowionego umysłu, i jest głębsza
duchowa mądrość. Wszyscy ci, których tak bardzo szanujemy w tym
świecie, na pewno rozwijają wszystkie sześć paramit. I one właśnie
stanowią całkowicie ścieżkę bodhisattwy, kogoś, kto pracuje dla
dobra innych. |
 |