K
atarzyna Czopek i Łukasz Kraszyński /Polskie Stowarzyszenie Przyjaciół Tybetu/
"Stare duchy, nowe duchy. Pół wieku chińskiej okupacji Tybetu"


Wprowadzenie

Tybet do roku 1949 był niepodległym państwem - w przeddzień inwazji chińskiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej posiadał wszystkie uznawane przez prawo międzynarodowe atrybuty niepodległego państwa, tzn.:
- terytorium,
- zamieszkującą je ludność,
- rząd
- zdolność nawiązywania stosunków z innymi państwami - m.in. Nepalem, Bhutanem, Sikkimem, Mongolią, Chinami, Indiami Brytyjskimi oraz, w niewielkim zakresie, z Rosją i Japonią.

"Stary" Tybet - Tybet sprzed inwazji - był państwem, w którym ogromną rolę odgrywała religia. Buddyzm, który trafił do Tybetu w VII wieku, stał się dla Tybetańczyków czymś więcej, niż tylko systemem wierzeń. Wszystkie święta, uroczystości, pracę, obyczaje, obowiązki rodzinne oraz sprawy wagi państwowej niezmiennie wyznaczała religia. Wszechobecne klasztory i świątynie stały się ośrodkami wiedzy, pełniąc funkcję bibliotek czy szpitali. W każdym buddyjskim domu stał ołtarz, a mnisie szaty przywdziewał co dziesiąty Tybetańczyk.

1949-1959

Inwazję Armii Ludowo-Wyzwoleńczej na "Krainę Śniegów" władze ChRL nazwały "pokojowym wyzwoleniem". W tym czasie rząd Tybetu, na czele którego stał Dalajlama, próbował negocjować i układać się z Chińczykami. Ci jednak bardziej byli pochłonięci wprowadzaniem "demokratycznych reform" we wschodniej części kraju, którym towarzyszyły liczne prześladowania i represje. Odpowiedzią Tybetańczyków na terror było chwycenie za broń. 10 marca 1959 roku mieszkańcy Lhasy, obawiając się, że chińscy żołnierze uprowadzą i wywiozą do Pekinu Dalajlamę, otoczyli jego rezydencję. Zgromadzenie przerodziło się w falę antychińskich demonstracji, te zaś - w powstanie, którego 42. rocznicę obchodziliśmy niespełna cztery miesiące temu przed ambasadą ChRL w Warszawie. Kiedy stało się jasne, że nie ma już żadnych szans na rozmowy i negocjacje, Dalajlama zdołał opuścić Lhasę i dotrzeć do Indii. W jego ślady poszło, do tej pory, ponad osiemdziesiąt tysięcy Tybetańczyków. Powstanie zostało krwawo stłumione.

1959-1979

Po stłumieniu powstania władze ChRL przystąpiły do tworzenia "spółdzielni", a następnie "komun", niszcząc pozostałości tradycyjnych struktur politycznych i społecznych.

Rozpoczęła się "walka klasowa". Wtrącano do więzień wszystkich przedstawicieli "starego' systemu i "kontrrewolucjonistów" - hierarchów i mnichów buddyjskich, arystokratów, przywódców klanów, urzędników państwowych itd. - oraz ich "agentów". W 1966 roku "wybuchła" rewolucja kulturalna, podczas której bezlitośnie zwalczano wszelkie przejawy "starego myślenia i obyczajów", co oznaczało, między innymi, całkowity zakaz praktykowania i manifestowania wiary religijnej, noszenia tradycyjnych strojów, a nawet posługiwania się językiem tybetańskim.

Źródła emigracyjne szacują, że chińską okupację przypłaciło życiem ponad milion dwieście tysięcy z sześciu milionów Tybetańczyków - piąta część narodu. W gruzach legły niemal wszystkie z 6.259 klasztorów, będących ośrodkami religii, kultury, nauki, medycyny i sztuki tybetańskiej. Wbrew twierdzeniom chińskiej propagandy, osiemdziesiąt procent zniszczono jeszcze przed wybuchem "rewolucji kulturalnej", przypadającej na lata 1966-1976, w ramach walki z "czterema starymi", tj. poglądami, kulturą, zwyczajami i nawykami.

Lata osiemdziesiąte

Po upadku "bandy czworga" władze zdecydowały się na bardziej liberalną politykę. Hu Yaobang, pierwszy sekretarz KPCh, złożył wizytę w Lhasie w 1980 roku i przeprosił Tybetańczyków za katastrofę, jaką okazały się dla nich trzy dekady chińskich rządów. Przerażony nędzą i spustoszeniami, zapowiedział "jak najszybsze przywrócenie warunków bytowych sprzed 1959 roku" oraz wycofanie większości chińskich funkcjonariuszy i urzędników z Tybetu.

Nadzieja "liberalizacji" okazała się jednak propagandową fasadą. W latach 80. zaczęto odbudowywać wybrane świątynie i klasztory. Niemniej nie pozwalano tchnąć w nie ducha religii, studiów i praktyki. Jedyna zmiana ograniczała się do przekształcenia budynków sakralnych w zabytki, przeznaczone głównie dla turystów. Klasztory mogła zamieszkiwać określona (zazwyczaj symboliczna) liczba mnichów, których rola sprowadzała się do sumiennego wypełniania funkcji dozorców. Nie było mowy o studiowaniu i praktykowaniu religii. W "starym" Tybecie na zdobycie pełnego religijnego wykształcenia trzeba było co najmniej 30 lat żmudnych studiów. Teraz stało się zupełnie nierealne.

W tym samym czasie zezwolono również na praktykowanie rytuałów, takich jak składanie pokłonów, okrążanie miejsc kultu, ofiarowywanie maślanych lampek, recytowanie mantr, obracanie młynków modlitewnych, palenie kadzideł, zawieszanie flag itd. Był to niewątpliwy postęp. Plan "odwilży", sprowadzając religię wyłącznie do zewnętrznych rytuałów, miał w istocie ukazać buddyzm jako szereg przesądów, czyniąc z Tybetańczyków zabobonny, ciemny naród, którego jedyną szansą była "pomocna dłoń" chińskiego żołnierza.

Lata 80. przyniosły ze sobą także sprecyzowanie "oficjalnych" wymogów, jakie powinien spełniać potencjalny mnich, ubiegający się o przyjęcie do klasztoru. Poza osiągnięciem dojrzałości, zgodą obojga rodziców czy "miłością" do ojczyzny i partii (mającej swój wyraz choćby w zapale do studiowania marksizmu), musiał on legitymować się szeregiem zezwoleń, wydawanych m.in. przez Biuro Bezpieczeństwa Publicznego. Mile widziana była również świadomość przyszłego adepta, że "materializm i spirytualizm są z założenia sprzeczne".
Odsunięcie Hu oznaczało koniec liberalizacji politycznej. "Miodowy miesiąc" zamknęła fala potężnych manifestacji niepodległościowych w Lhasie, które tłumiono, otwierając ogień do demonstrujących mnichów, mniszek i świeckich. Po trzech latach niepokojów w marcu 1989 roku ogłoszono stan wojenny.

W tym okresie służby bezpieczeństwa stosowały strategię "obrotowych drzwi", polegającą na masowych, stosunkowo krótkich, z reguły przypadkowych aresztowaniach, połączonych z brutalnym biciem. "Prowodyrów" i "podżegaczy" skazywano na kilkuletnie wyroki więzienia. Ponieważ świadkami brutalności policji byli zachodni turyści, dla których na początku lat osiemdziesiątych otworzono największe miasta środkowego Tybetu, władze zmieniły taktykę, starając się zapobiegać protestom i wystąpieniom niepodległościowym. Budowano agenturę, zakładano kamery przemysłowe w newralgicznych punktach miasta, zatrzymanych i więźniów poddawano brutalnym torturom, by wydobyć informacje i zastraszyć całą społeczność tybetańską.
Coraz większą wagę przywiązywano do rozwoju gospodarczego, który miał rozładować niezadowolenie Tybetańczyków oraz ściślej powiązać Tybet ze strukturami ChRL. Sprowadzono tysiące chińskich funkcjonariuszy, robotników i osadników, by - wzorem innych "mniejszościowych" prowincji, takich jak Mandżuria czy Mongolia Wewnętrzna - raz na zawsze utopić problem "lokalnego separatyzmu" w morzu Hanów. Polityka przenoszenia ludności szybko zmieniła Tybetańczyków w mniejszość w ich własnym kraju, a zwłaszcza w jego miastach. Jednocześnie w ramach polityki "planowania rodziny", która ustawowo miała nie stosować się do "mniejszości", tybetańskie kobiety poddawano przymusowym aborcjom (nawet w ósmym miesiącu ciąży) i sterylizacjom.

III Forum

Ostateczny, instytucjonalny kres polityce liberalizacji położyło tzw. III Forum Robocze w sprawie Tybetu, które zwołali najwyżsi przywódcy ChRL w 1994 roku. Pekin uznał, że prawdziwym problemem jest tożsamość Tybetańczyków i wydał jej wojnę. "Kampania reedukacji patriotycznej" początkowo obejmowała urzędników państwowych, potem uznawanych za najgroźniejsze źródło "nacjonalizmu" duchownych, i wreszcie całe społeczeństwo tybetańskie. Mnichów skłaniano do podpisania deklaracji lojalności wobec "macierzy" i publicznego potępienia Dalajlamy. Przeciwnicy kończyli w więzieniach, gdzie czekały ich tortury - szczucie psami, rażenie pałkami elektrycznymi, przypalanie papierosami, a jeśli mieli pecha być zakonnicami - również gwałty.

1995 - konflikt wokół Panczenlamy

Konflikt zaostrzyło uwięzienie w 1995 sześcioletniego Genduna Czokji Nimy, którego Dalajlama, zgodnie z wiekową tradycją, uznał za nowe wcielenie Panczenlamy, drugiego hierarchy buddyzmu tybetańskiego. Ateistyczne - z definicji - władze mianowały innego, "autentycznego" Panczenlamę i zaczęły zmuszać tybetański kler do jego zaakceptowania i "odrzucenia" dziecka, wskazanego przez Dalajlamę. (Pekin do tej pory odmawia dostępu do uwięzionego chłopca i jego rodziców - choć zabiegały o to liczne rządy, parlamenty i organizacje międzynarodowe - tłumacząc to niechęcią bliskich Panczenlamy do zakłócania ich życia przez cudzoziemców i dziennikarzy. W październiku 2000, podczas kolejnej sesji dwustronnego dialogu z Chinami na temat praw człowieka, brytyjscy dyplomaci pytali chińską delegację o Genduna Czokji Nimę. Ta pokazała, lecz nie dała, brytyjskiej delegacji dwa zdjęcia, przedstawiające jakoby Panczenlamę. Chińscy dygnitarze - przez stół - pokazali brytyjskim delegatom dwie fotografie, przedstawiające chłopca, piszącego na tablicy chińskie znaki i grającego w tenis stołowy. Nie było szans na identyfikację dziecka. Wyglądało jedynie na to, że jest ono mniej więcej w odpowiednim wieku. Nie uzyskano też żadnych informacji o miejscu jego pobytu.)

Dalsze nasilanie represji

Rok 1996 przyniósł gwałtowne nasilenie represji w klasztorach buddyjskich. "Grupy robocze", tzw. komitety demokratycznego zarządzania oraz lokalne biura ds. religii, które nadzorują działalność klasztorów, wprowadziły nowe restrykcje, dotyczące np. liczby i wieku duchownych. W 1998 roku władze zaczęły wysyłać na przymusowe emerytury duchownych, którzy ukończyli sześćdziesiąt lat. "Reedukowani" mnisi muszą zadeklarować lojalność wobec "macierzy" i potępić Dalajlamę, którego zdjęć nie może dziś posiadać żaden Tybetańczyk. Oporni kończą w więzieniach.
Najwyraźniej niezadowolone z dotychczasowych dokonań władze zapowiedziały nowe, szeroko zakrojone działania w Tybecie - trzyletnią "kampanię ateizacji". Nowa strategia Pekinu, który mówi dziś o "obcości buddyzmu" jako religii przeniesionej przed ponad tysiącem lat z Indii, przywodzi na myśl represje z czasów "rewolucji kulturalnej".

Ucieczka Karmapy

W grudniu ubiegłego roku uciekł do Indii Ugjen Trinlej Dordże, XVII Karmapa, trzeci hierarcha buddyzmu tybetańskiego, wprawiając w niemałe zakłopotanie Pekin, który uparcie głosi, że pół wieku komunistycznych rządów przyniosło "niebywały" rozwój społeczny i "dramatycznie" poprawiło sytuację w dziedzinie praw człowieka. Chińska propaganda nieodmiennie przedstawiała Karmapę jako "patriotycznego duchownego, miłującego politykę partii i jedność macierzy" i żywy symbol wolności religii w Tybecie.
Za ucieczkę Karmapy zapłacił stanowiskiem pierwszy sekretarz KPCh w Tybecie, Chen Kuiyuan, odpowiedzialny za prowadzenie brutalnych kampanii politycznych w latach dziewięćdziesiątych. Mieszkańcy Lhasy żartują nawet, że młody lama "zabił Chena", który był dla nich uosobieniem partyjnego betonu i najokrutniejszych represji. Po mianowaniu nowego sekretarza, Guo Jinlonga, władze nie zmieniły jednak ani retoryki, ani twardej polityki antyreligijnej.

Podsumowanie

Tybetańczyków wtrąca się do więzień za każdą próbę sprzeciwu wobec komunistycznej władzy. Trafiają do łagrów i obozów pracy przymusowej za posiadanie flagi narodowej czy przekładu Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka. Wnosząc z raportów organizacji zajmujących się prawami człowieka, tortury są jedyną metodą prowadzenia dochodzeń znaną chińskim śledczym. Niemal co dzień agencje informacyjne donoszą o szokujących aktach brutalności, arbitralnych aresztowaniach i długoletnich wyrokach wydawanych w trybie administracyjnym. Od 1986 roku, kiedy to ChRL podpisała Konwencję przeciwko Torturom oraz Innemu Okrutnemu, Nieludzkiemu lub Poniżającemu Traktowaniu lub Karaniu, w chińskich więzieniach zginęło co najmniej 72 Tybetańczyków. Tylko rok 1998 przyniósł 19 ofiar, z których aż 11 stanowi żniwo majowych protestów w Drapczi - więzieniu oddalonym zaledwie o pięć kilometrów od Dżokhangu, najbardziej czczonego sanktuarium Tybetu - do których doszło podczas wizytacji trzech ambasadorów państw Unii Europejskiej. (Goście nie mieli pojęcia o tragedii, jaką wywołał ich przyjazd - dowiedzieli się o niej kilka miesięcy później od organizacji pozarządowych.)

Tybetańczycy są dyskryminowani we wszystkich sferach życia społecznego - poczynając od edukacji, przez opiekę zdrowotną, po pracę i warunki mieszkaniowe. Tybet stał się nuklearnym śmietnikiem chińskiego imperium. Wykarczowano tybetańskie lasy - tak ważne dla równowagi ekologicznej naszej planety, jak amazońska puszcza. W zlewiskach największych rzek Azji, które mają swe źródła w Tybecie, mieszka niemal połowa ludzkości. Gigantyczne, pochłaniające tysiące ofiar powodzie, jakie w ostatnich latach nawiedzały te regiony, przypisuje się zaszlamieniu rzek, którego przyczyną jest właśnie wycinanie lasów Tybetu.
Rokrocznie ucieka z Tybetu około trzech tysięcy Tybetańczyków. Głównie dzieci i młodzież, które mogą otrzymać tybetańskie wykształcenie tylko poza granicami swojego kraju.
Nowojorska organizacja Freedom House rokrocznie uznaje Tybet za jedno z najgorszych miejsc na naszej planecie pod względem braku poszanowania dla podstawowych wolności i praw człowieka.


Tybet w roku 2000

Chińskie statystyki opiewają dokonania ostatniego półwiecza jako niebywały postęp - tak gospodarczy, jak społeczny.
Spróbujmy przyjrzeć się faktom.
W ciągu pięćdziesięciu lat - realizując kolejne kampanie ideologiczne - ChRL zniszczyła ponad sześć tysięcy tybetańskich klasztorów i świątyń, plądrując i sprzedając bezcenne posągi i inne dzieła sztuki sakralnej. Chińska okupacja kosztowała życie ponad miliona dwustu tysięcy Tybetańczyków - piątą część narodu. Każdego roku około trzech tysięcy Tybetańczyków, uciekając przez Himalaje przed brutalnymi prześladowaniami, szuka wolności. Większość z nich to dzieci i młodzież. Rzeka tybetańskich uchodźców jest najlepszym dowodem na to, że Pekin depcze nie tylko podpisane i ratyfikowane umowy międzynarodowe, ale własne prawo i konstytucję. Wśród około 2.660 Tybetańczyków, którzy uciekli z kraju w 2000 roku, było 900 dzieci, 507 kobiet oraz 642 mnichów i mniszek.

Dalsze ograniczanie wolności religii

Większość Tybetańczyków praktykuje buddyzm. Dotyczy to również urzędników państwowych i członków partii. W minionym roku Pekin ogłosił kolejne kampanie, których celem jest unicestwienie odrębnej, kulturowej i etnicznej, tożsamości narodu tybetańskiego. Ponieważ religia stanowi rdzeń tożsamości Tybetańczyków, władze widzą w niej przyczynę "separatyzmu" oraz "destabilizacji" w Tybecie. Kategorycznie zakazano obchodzenia tradycyjnych tybetańskich świąt, a przede wszystkim urodzin Dalajlamy. Władze zezwalają na praktyki, takie jak palenie maślanych lampek, składanie pokłonów czy okrążanie świętych miejsc, jeśli jednak ludzie chcą odbudować zniszczoną świątynię, muszą prosić o zgodę władz. Trudno ją uzyskać.

Tybetańczycy, którzy nie ukończyli osiemnastego roku życia, nie mogą wstępować do klasztorów; liczba duchownych mogących zamieszkiwać klasztory jest ograniczona. Mnichów i mniszki zmusza się do krytykowania Dalajlamy. Posiadanie jego zdjęcia jest przestępstwem. Władze kontrolują klasztory poprzez "komitety demokratycznego zarządzania". W świątyniach stacjonują chińscy policjanci. Duchowni mają pełnić rolę atrakcji turystycznej i dozorców - nie mogą podjąć prawdziwych studiów ani praktykować religii w tradycyjny sposób, zmusza się ich za to do udziału w nie kończących się wiecach "edukacji patriotycznej". Święta religijne zmienia się w jarmarki, odbierając im duchowy wymiar.

W roku 2000 najsurowszym represjom poddawano właśnie religię. Nowe ograniczenia dotyczyły całej - bez żadnych wyjątków - populacji tybetańskiej. Władze posunęły się do prowadzenia rewizji w prywatnych domach w poszukiwaniu już nie tylko zdjęć Dalajlamy, ale nawet ołtarzy, przedmiotów kultu i pism buddyjskich.

Nowego impetu nabrała kampania "reedukacji patriotycznej", której celem jest indoktrynowanie duchownych i całego społeczeństwa przeciwko Dalajlamie i jego "klice" oraz fundamentom kultury i religii Tybetu. Odpowiedzialne za tę kampanię "grupy robocze" kierowano do klasztorów położonych w najodleglejszych i najbardziej odludnych regionach kraju. "Reedukacja patriotyczna" nie zachwiała jednak wiarą, jaką Tybetańczycy darzą Dalajlamę. Wiele osób, które protestowały przeciwko kampanii, aresztowano lub wydalono z klasztorów. Tybetańskie Centrum Praw Człowieka i Demokracji udokumentowało w minionym roku przypadki 862 wydaleń z klasztorów - w tym 147 mniszek. W ramach kampanii "reedukacji patriotycznej" usunięto ze świątyń 12.271 duchownych. Mnisi i mniszki stanowią około 73 proc. znanych więźniów politycznych, odbywających obecnie wyroki w Tybecie.
W Tybecie istnieje ścisły związek między klasztorami buddyjskimi a działalnością niepodległościową; rząd starał się ograniczać rozwój klasztorów, które oskarża o marnowanie lokalnych zasobów i polityczne powiązania z tybetańską społecznością emigracyjną. Rząd twierdzi, że nie narzuca żadnych limitów najważniejszym klasztorom i że o liczbie mnichów, na których utrzymanie może pozwolić sobie świątynia, decydują poszczególne komitety demokratycznego zarządzania. Komitety kontrolowane są jednak przez władze i w praktyce te sztywne limity określa rząd. Rząd ma prawo do odrzucenia wniosku osoby, która ubiega się o wstąpienie do zakonu, niemniej nie zawsze egzekwuje te restrykcje.

W klasztorach nadal mieszkają i kształcą się młodzi mnisi. Choć przepisy zabraniają przyjmowania do klasztorów osób, które nie ukończyły osiemnastego roku życia, szaty zakonne przywdziewa wielu młodszych chłopców. W ostatnich latach wydalono jednak ze świątyń wielu nowicjuszy, którzy zgodnie z tradycją usługiwali starszym mnichom i zdobywali podstawową wiedzę monastyczną, czekając na formalne wyświęcenie. Ponieważ młodociani nie byli formalnie członkami klasztorów, władze zaprzeczają spadkowi liczby mnichów.

Rząd nadal nadzoruje codzienne życie głównych klasztorów. Choć nie finansuje ich działalności, sprawuje nad nimi kontrolę poprzez komitety demokratycznego zarządzania i lokalne biura do spraw religii. W 1999 roku Biuro ds. Religii TRA potwierdziło, że wszyscy funkcjonariusze tego ciała są członkami partii komunistycznej. Członków partii obowiązuje ateizm, trudno jednak stwierdzić, czy wszyscy urzędnicy Biura ds. Religii są ateistami. Przepisy stanowią, że komitetami demokratycznego zarządzania muszą kierować "patriotyczni i oddani" duchowni. Wszyscy członkowie komitetów muszą zostać zaaprobowani przez władze. W komitetach niektórych klasztorów zasiadają również przedstawiciele rządu. Mimo owych prób kontrolowania kleru i świątyń, w klasztorach nadal panują silne nastroje antyrządowe.

W styczniu 2000 władze zamknęły klasztor Curphu (siedzibę Karmapy, najwyższego lamy szkoły karma kagju buddyzmu tybetańskiego) po ucieczce Karmapy do Indii. W związku ucieczką przesłuchiwano bardzo wiele osób, również świeckich. Wielu wysokich dygnitarzy TRA wezwano do Pekinu, by zdali sprawozdanie z podjętych w związku z ucieczką działań. Według Tibet Information Network (TIN), władze zmieniły komitet demokratycznego zarządzania Curphu, ostrzegając innych mnichów, że jeśli nie poprawią "postawy politycznej", czekają ich kolejne sesje "reedukacji". Władze objęły dochodzeniem wszystkich mnichów klasztoru. Dramatyczna ucieczka Karmapy spotęgowała napięcie; władze podjęły nowe kroki, by wzmocnić nadzór nad klasztorami TRA. Władze zwiększyły również kontrolę granic. W maju 2000 na granicy z Nepalem aresztowano 50 tybetańskich uczniów, wracających do Tybetu z Indii. TIN informował również, że władze zagroziły zamknięciem lhaskiego klasztoru Taglung Drag i wydaleniem mnichów, jeśli nie wyrzekną się oni Dalajlamy. (W marcu i sierpniu 1999 w świątyni doszło do dwóch incydentów, podczas których mnisi wznosili niepodległościowe hasła.) TIN podaje, że po kampanii "edukacji patriotycznej" we wrześniu 1999 klasztor opuściło 16 z 24 mnichów.

Rząd kontynuował kampanię "edukacji patriotycznej", która ma wymusić przestrzeganie przepisów państwowych i zastraszyć lub wyeliminować mnichów i mniszki, którzy nie chcą przyjąć programu partii i sympatyzują z Dalajlamą (najwyższym przywódcą religijnym buddyzmu tybetańskiego), oraz zwiększyć kontrolę rządu nad buddyzmem tybetańskim. Celem kampanii, która w żaden sposób nie zmieniła poglądów i postaw Tybetańczyków, jest kontrolowanie klasztorów i oczyszczenie ich ze zwolenników Dalajlamy. Mnisi mają być "patriotyczni" i podpisać deklarację, w której odrzucają niepodległość Tybetu i Genduna Czokji Nimę, chłopca uznanego przez Dalajlamę za jedenaste wcielenie Panczenlamy, wyrzec się Dalajlamy i poddać go krytyce, opowiedzieć się za jednością Chin i Tybetu oraz zobowiązać do niesłuchania "Głosu Ameryki". Z wielu raportów wynika, że mnisi, którzy odmawiali podpisania takiego dokumentu, byli wydalani z klasztorów; nie mogli też wrócić do rodzinnych domów i podjąć pracy. Ze świątyń wydalano również duchownych, którzy nie zdali stanowiących element kampanii "egzaminów". Wielu wolało "dobrowolnie" odejść, niż wyrzec się Dalajlamy. Rządowe "grupy robocze" stacjonują w niektórych klasztorach i prowadzą obowiązkowe "lekcje", dotyczące między innymi stosunków między Tybetańczykami a Hanami, historycznego statusu Tybetu jako części Chin oraz "separatystycznej" działalności Dalajlamy. Portrety Gjalcena Norbu - mianowanego przez rząd Panczenlamą - wiszą na ścianach niektórych klasztorów (obok przepisów regulujących działalność religijną). Zdjęcia wskazanego przez Dalajlamę Genduna Czokji Nimy nadal były zakazane. Kampanie te wzbudziły ogromny opór i głęboką niechęć tak mnichów, jak świeckich buddystów. Zakłócały życie większości głównych klasztorów i skłoniły wielu mnichów do ucieczki do Indii. Według Wysokiego Komisarza ONZ ds. Uchodźców, rokrocznie ucieka do Nepalu około 3.000 Tybetańczyków; ponad trzydzieści procent twierdzi, że powodem ich ucieczki były kampania "edukacji patriotycznej".

Rząd nadal twierdził, że chłopiec mianowany przez władze w 1995 roku jest jedenastym wcieleniem Panczenlamy. Władze ściśle kontrolują życie i kontakty chłopca; bardzo rzadko pojawiał się on publicznie, otoczony tłumem funkcjonariuszy służb bezpieczeństwa, w Pekinie. Panczenlama jest postacią numer dwa w hierarchii buddyzmu tybetańskiego, ustępując miejsca tylko Dalajlamie.

Nadal obowiązywał zakaz wystawiania na widok publiczny zdjęć Dalajlamy, które można zdobyć tylko nielegalnie. Posiadało je jednak wielu duchownych i świeckich. Wiosną 2000 komitety osiedlowe zaczęły prowadzić rewizje w lhaskich domach, konfiskując książki i zdjęcia Dalajlamy. Zakaz ten obowiązuje również w regionach tybetańskich poza granicami TRA. Choć zdjęcia Dalajlamy nadal sprzedaje się tu w niektórych sklepikach, usunięto je z większości klasztorów.

Około tysiąc duchownych piastuje różne stanowiska w strukturach lokalnych zgromadzeń ludowych i komitetach Ogólnochińskiej Ludowej Politycznej Konferencji Konsultatywnej. Władze wymagają jednak, by członkowie partii i osoby pracujące dla rządu przestrzegali partyjnej zasady ateizmu. W omawianym tu okresie władze Lhasy i innych regionów wprowadziły nowe restrykcje, zakazując urzędnikom państwowym i członkom partii odwiedzania klasztorów i świątyni Dżokhang, posiadania ołtarzy, uczestniczenia w uroczystościach religijnych podczas obchodów Nowego Roku kalendarza tybetańskiego i zawieszania flag modlitewnych na dachach domów (tybetańska tradycja noworoczna). Z raportów wynika również, że wiosną 2000 niektóre instytucje zabroniły składania datków mnichom i mniszkom. W pewnych regionach osoby prywatne nie mogły brać udziału w tradycyjnych obchodach noworocznych, na przykład zawieszać flag modlitewnych na szczycie lhaskiego wzgórza Bumpari i palić kadzideł, czy uczestniczyć lingkorze (pielgrzymce wokół sanktuariów Lhasy) podczas czerwcowego święta Sagadała. Z wiarygodnych raportów wynika, że władze groziły zwolnieniem urzędnikom, którzy wysłali dzieci do szkół w Indiach, oraz prowadziły rewizje w ich domach, poszukując przedmiotów kultu religijnego i zdjęć Dalajlamy.

Wielu mnichów i mniszek przebywa w więzieniach lub aresztach. O wielu takich przypadkach mówił raport Specjalnego Sprawozdawcy ONZ ds. Tortur, przedstawiony wiosną 2000 na 56. sesji Komisji Praw Człowieka ONZ. Dyrektor administracji więziennej powiedział zagranicznym delegatom, że w trzech więzieniach TRA przebywa ponad stu mnichów i mniszek, z których dziewięćdziesiąt procent skazano za "zagrażanie bezpieczeństwu państwa". Napływały raporty o więzieniu, maltretowaniu i torturowaniu mnichów i mniszek, oskarżanych o działalność polityczną, oraz o zgonach więźniów. W omawianym okresie zamknięto co najmniej dwa duże klasztory. Z wiarygodnych raportów wynika, że w wielu więzieniach bito skazanych, którzy nie poddawali się reedukacji politycznej, to znaczy odmawiali krytykowania Dalajlamy i uznania Gjalcena Norbu, chłopca mianowanego przez władze Panczenlamą.

Więźniowie opierają się politycznej reedukacji, odmawiając wyrzeczenia się Dalajlamy i uznania mianowanego przez rząd Panczenlamy. Według TIN, karane więźniarki z Drapczi co najmniej dwukrotnie organizowały strajk głodowy na znak protestu. Władze regularnie zamykają opornych więźniów w karcerach.

Trudno dokładnie określić stopień pogwałceń praw religijnych w Tybecie, ponieważ rząd Chin ściśle kontroluje tak dostęp do samego Tybetu, jak do informacji o nim - niemniej w omawianym okresie nadal trwały represje, a władze coraz bardziej ograniczały wolność religii.
Wiele zagranicznych grup, między innymi organizacje pozarządowe i turyści, informowało o ograniczaniu swobody poruszanie się i podróżowania [w Tybecie]. Zagrożono wydaleniem dwóm organizacjom pozarządowym: Lekarzom bez Granic i Tibet Heritage Fund. Rząd ściśle kontroluje zagraniczne delegacje; goście nie mają właściwie szans na kontakt z Tybetańczykami, który nie został wcześniej zaaprobowany przez lokalne władze.

Tybetańczycy są dyskryminowani we wszystkich sferach życia społecznego. Zjawisko to pogłębia polityka przenoszenia ludności chińskiej na teren Tybetu.

Dyskryminacja w sferze zatrudnienia i opieki zdrowotnej

Dla chińskiego pracodawcy Tybetańczyk jest z założenia "niekompetentny i zacofany". We wszystkich instytucjach Tybetańczycy zajmują niższe stanowiska; wielu utrzymuje, że jedynym sposobem na zdobycie pracy jest łapówka i guanxi (układy z dygnitarzami, "plecy"). Podobnie wygląda sytuacja płacowa: Tybetańczycy zarabiają połowę tego co Chińczycy piastujący te same stanowiska, a często nawet mniej. Kobiety narażone są na podwójną dyskryminację; wiele z nich kończy na ulicach miast, w których pleni się prostytucja. Wiele tybetańskich kobiet utraciło zdrowie lub życie na skutek polityki kontroli urodzeń i przymusowych sterylizacji. "Pozalimitowe" ciąże karane są wysokimi grzywnami, a "pozalimitowe" dzieci pozbawione podstawowych praw do meldunku, opieki zdrowotnej i wyżywienia.

Dyskryminacja w sferze edukacji

System edukacji ma również charakter dyskryminacyjny; rząd finansuje niemal wyłącznie placówki znajdujące się w regionach zdominowanych przez chińskich osadników. Tybetańczycy są częstokroć zmuszani do budowania i utrzymywania szkół z własnej kieszeni. Rząd twierdzi, że edukacja na poziomie podstawowym jest bezpłatna, jednak Tybetańczycy muszą wnosić horrendalne opłaty, nie obowiązujące Chińczyków.

Chiny twierdzą, że w "życiu społecznym Tybetu powszechnie używa się języka tybetańskiego, który podlega ochronie prawnej", jednak kiedy trzeba znaleźć szpital albo sklep w mieście, znajomość tybetańskiego nie zda się na nic. Człowiek, który mówi tylko po tybetańsku, będzie miał problemy z załatwieniem najprostszych, codziennych spraw. W Tybecie panuje dziś przekonanie, że dla języka tybetańskiego nie ma żadnej przyszłości - nawet znając go doskonale nie uda się zgłębić rozkładu jazdy czy odczytać numeru miejsca na bilecie. "W miastach i urzędach ludzie nie potrafią już mówić po tybetańsku, choć ich rodzice są Tybetańczykami. Wielu straciło tożsamość. Co więcej, nawet jeśli posługują się językiem tybetańskim, nie jest on czysty. Co piąte, co trzecie słowo jest chińskie. Zwykli Tybetańczycy w ogóle ich nie rozumieją" - mówi jeden z tybetańskich uchodźców.

Poważny problem stanowi analfabetyzm i półanalfabetyzm. Według oficjalnych statystyk 60 proc. Tybetańczyków, którzy ukończyli piętnasty rok życia, jest analfabetami. W niektórych regionach odsetek ten może być znacznie wyższy. Od kilku lat chińscy urzędnicy ograniczają rolę języka tybetańskiego w systemie edukacyjnym, a w 1997 roku ogłosili, że tybetańskie dzieci będą się uczyć chińskiego już od pierwszej klasy. Rząd wyjaśnia, że chce w ten sposób ułatwić Tybetańczykom rywalizację z chińskimi rówieśnikami, co na dłuższą metę umożliwi im zdobycie lepszego wykształcenia i pracy. Tybetański pozostaje językiem wykładowym w wiejskich szkołach podstawowych, ale edukacja w nich trwa z reguły tylko dwa-trzy lata.

W maju 1980 roku szef Centralnej Komisji ds. Mniejszości Narodowych, Yang Jingren mówił, że "we wszystkim, co robimy, musimy uwzględniać specyfikę etniczną i regionalną; nie ma miejsca na uogólnienia i arbitralne ujednolicanie". W programach nauczania nie znaleziono jednak miejsca dla kultury tybetańskiej - zastąpiła ją kultura chińska.
Do szkół, oficjalnie, uczęszcza 81 proc. dzieci w wieku szkolnym, większość kończy jednak tylko wiejskie szkoły podstawowe. Według urzędników lokalnych, tybetański jest głównym językiem wykładowym w 60 proc. szkół średnich, zwłaszcza w regionach wiejskich, choć prowadzi się w nich również zajęcia po chińsku. Organizacje pozarządowe utrzymują jednak, iż odsetek ten jest zawyżony. Większość uczniów tych klas, choć nie wszyscy, to Hanowie. Uczniowie regionalnych szkół średnich uczęszczają na zajęcia prowadzone w języku tybetańskim, niemniej muszą znać chiński, gdyż w tym języku wykłada się większość przedmiotów. Od połowy lat osiemdziesiątych fundusze, które miały pomóc Tybetańczykom w uzyskaniu wyższego wykształcenia, przeznaczane są na kierowanie ich do szkół w innych regionach Chin. Według statystyk rządowych, 13 tys. tybetańskich studentów kształci się obecnie w stu szkołach w różnych prowincjach Chin.
Pogłębiająca się dyskryminacja w systemie oświaty uderza w dzieci. Wysokie ceny i duże odległości dodatkowo utrudniają młodzieży dostęp do nielicznych szkół. Narzucając klasztorom "limity wiekowe", władze odbierają dzieciom szansę na zdobycie wykształcenia w instytucjach monastycznych.

Dyskryminacja w sferze mieszkalnictwa

W polityce mieszkaniowej wprowadzono procedury, które zapewniają kwatery - lub najwyższe miejsca na listach oczekujących - przybywającym do Tybetu Chińczykom. Aby zapewnić im "przestrzeń życiową", Tybetańczyków eksmituje się z ich starych domów, które są następnie wyburzane. Wysiedlani nie dostają z reguły żadnych rekompensat i, doczekawszy się wreszcie nowej kwatery, muszą płacić wygórowane czynsze.

Dyskryminacja w sferze reprezentacji publicznej

Według oficjalnych statystyk, osoby pochodzenia tybetańskiego stanowią 74 proc. kadr rządowych w Tybecie. Niemniej większość stanowisk związanych z prawdziwą władzą piastują Hanowie i to oni podejmują kluczowe decyzje. Choć przepisy stanowią, że dokumenty rządowe i prawne powinny być sporządzane w języku tybetańskim, w praktyce większość oficjalnych oświadczeń i dokumentów istnieje tylko w wersjach chińskojęzycznych.
Co prawda Tybetańczycy zajmują wysokie stanowiska w administracji, stanowią jednak raczej dekorację, nie mając właściwe żadnego wpływu na proces podejmowania decyzji. Ich obecność legitymizuje politykę partii i ma sprawiać wrażenie, że Tybetańczycy mają wpływ na to, co dzieje się w ich własnym kraju. Nigdy nie powierzono stanowiska pierwszego sekretarza lokalnej struktury KPCh Tybetańczykowi.
Pekin uparcie twierdzi, że dokonał "postępów", "rozwijając" Tybet. W imię rozwoju rząd pompuje pieniądze w chińskich osadników. Ich obecność, kluczowa dla "zintegrowania" gospodarki Tybetu z gospodarką ChRL, stanowi śmiertelne zagrożenie dla Tybetańczyków. Chińczycy zdominowali już życie gospodarcze Tybetu; należą do nich właściwie wszystkie firmy i przedsiębiorstwa w Tybecie.

Prostytucja

W imię nowoczesności, Pekin promuje w Tybecie współczesną chińską kulturę i normy społeczne. W tybetańskich miastach wyrastają, jak grzyby po deszczu, domy publiczne, dyskoteki, kasyna i piwiarnie. Zdaniem pracujących w Tybecie zagranicznych ekspertów, coraz poważniejszym problemem staje się tu, podobnie jak w innych regionach kraju, prostytucja. W Lhasie otwarcie działają domy publiczne; usługi tego rodzaju świadczy w tym mieście niemal dziesięć tysięcy osób. Większość przybytków tego rodzaju działa w budynkach należących do partii lub rządu; chroni je armia. Najczęściej mieszczą się w pobliżu koszar i miejsc kultu religijnego. Większość prostytutek to Chinki z Sichuanu, niemniej są wśród nich również Tybetanki. Nie wiadomo, ile z nich jest nosicielkami wirusa HIV, ale zakłada się, że wiele.

Bezrobocie

Poważnym problemem pozostaje bezrobocie, również to ukryte. Wielu Tybetańczyków z regionów wiejskich i pasterskich, krzątając się po rodzinnym obejściu lub podejmując nisko opłacaną pracę na budowie czy przy wyrębie lasu, uważa się za "zatrudnionych". Nastawiony na dyskryminację system skutecznie uniemożliwia im znalezienie innego zatrudnienia.

Lhasa w ciągu czterdziestu lat rozrosła się z trzech do 51 kilometrów kwadratowych. Liczba mieszkańców zwiększyła się z 30 tys. w 1959 roku do około 200 tys. obecnie. Tradycyjnie tybetańska część miasta stanowi jednak mniej niż pięć procent jej powierzchni.
Dalajlama podkreśla, iż z chwilą rozpoczęcia chińskiej okupacji dla Krainy Śniegów rozpoczął się okres najgorszy w dotychczasowej historii. "Istnieje niebezpieczeństwo, że naród tybetański i jego dziedzictwo kulturowe znikną z powierzchni Ziemi - mówi Jego Świątobliwość - Sytuacja jest bardzo poważna: to kwestia życia lub śmierci. Jeżeli zatriumfuje śmierć, nie pozostanie nic". Nie sposób w to nie wierzyć.

Polskie Stowarzyszenie Przyjaciół Tybetu, 6 lipca 2001